Powrót
And every colour illuminates! – Relacja z koncertu  Florence + The Machine w Krakowie

And every colour illuminates! – Relacja z koncertu Florence + The Machine w Krakowie

Relacja z koncertu zespołu Florence + The Machine na Tauron Arenie w Krakowie. Było głośno, wzruszająco i bardzo magicznie!

Dominika Zięciak
Autorka tekstu
Dominika Zięciak
Anna Majewska
Korektorka
Anna Majewska
Barbara Kuliga
Autorka grafik
Barbara Kuliga
Instagram
15 marca 2026

And every colour illuminates! – Relacja z koncertu
Florence + The Machine w Krakowie

So come on, come on, I can take it
Give me everything you’ve got
What else, what else, what else, what else
So come on, come on, I can take it
Give me everything you’ve got
What else, what else, what else, what else
(Sympathy magic, Florence + The Machine)

Są takie rzeczy, na które człowiek czeka całe życie, a gdy już się wydarzą, pozostawiają go z poczuciem pustki, choć – należy dodać – dziwnie satysfakcjonującej, zupełnie jakby ten brak był w jakiś sposób dobry. Jakby znaczył, że wydarzyło się coś wspaniałego.

Choć ta relacja ma być poświęcona przede wszystkim Florence Welch i jej drugiej muzycznej połowie, zespołowi The Machine, nie mogłabym obejść się bez tak ukochanej przeze mnie prywaty. Bo widzisz, czytelniku, tak się składa, że gdy się ze mną czasem spotykasz i czytasz moje monologi, mniej lub bardziej poświęcone sztuce, kulturze, czy dawnym wierzeniom, słuchasz czegoś na rodzaj zaklętego w tekście głosu najprawdziwszej czarownicy. Takiej, która niczym ćma tłucze się gdzieś pomiędzy światłem a mrokiem, wznosi kielich wina za najmniejszą zmianę w nieustannym biegu czasu, kocha się do szaleństwa w srebrzystej tarczy księżyca. Jak to często z podobnymi indywiduami bywa, nie przepuszczę okazji, by porządnie potańczyć, poskakać
i poczarować. Na ogół im nas więcej, tym taki sabat lepszy. Oczywistym powinien wydać się wobec tego fakt, że nie mogło zabraknąć mnie w sobotę 7 marca na Tauron Arenie w Krakowie.

Florence + The Machine poznałam w pełni świadomie jeszcze jako nastolatka, dzięki fenomenalnemu utworowi Dog Days Are Over z albumu Lungs (2009). Po drodze wpadałam w inne muzyczne miłostki, często o skrajnie różnym charakterze: czasem z kategorii brzmień mocniejszych, czasem do bólu popowe. W każdym
z ukochanych wykonawców odkrywałam cząstkę siebie, zupełnie jakby ich piosenki otulały mnie ciasno i wciskały do ręki kolejny kluczyk do własnej duszy. A Florence zawsze była gdzieś pomiędzy nimi – zapuszczała korzenie coraz głębiej, wrastała we mnie jak wierzba lub dąb i systematycznie rozwijała liściaste gałęzie, aż w końcu, choć nie zauważyłam kiedy, na dobre się we mnie rozpanoszyła.

Każdy, kto mnie zna, może Ci powiedzieć, że byłam wyjątkowo nieznośna przez cały październik, oczekując na pojawienie się nowego albumu formacji, Everybody Scream (2025). Gdy zaś ten już wyszedł, jeszcze gorsza zrobiłam się na wieść
o planowanej na początek roku 2026 trasie koncertowej. I tak właśnie brzmi historia tego, że po raz pierwszy w życiu wylądowałam tak blisko ukochanej artystki, iż gdybym tylko nieco bardziej się do tego przyłożyła, mogłabym jej dotknąć.

Do Krakowa wraz z moim małym kowenem dotarłam w chwilę po 10 rano, pod stadionem zaś zameldowałyśmy się około 11. Miałyśmy dość złudne poczucie, że będziemy jednymi z pierwszych w kolejce – i tym sposobem zupełnie nie doceniłyśmy możliwości innych fanów. Przed nami pod Tauron Areną czekało już ponad 250 osób, najwytrwalsi od 3 nad ranem. W powietrzu unosiła się atmosfera oczekiwania na coś wielkiego. I choć naturalnie rywalizowaliśmy ze sobą o miejsca przy samych barierkach, tych kilka godzin na zewnątrz wypełniała aura przyjaźni i wzajemnej sympatii.

Zanim dotarłyśmy na płytę, udało nam się uzyskać materiały dotyczące dwóch fanowskich projektów, za które jesteśmy naprawdę wdzięczne. Jednym z nich okazała się wykonana przez Rosie (jeśli jakimś cudem to czytasz – świetny pomysł!) grafika, przypominająca o cieszeniu się chwilą i schowaniu telefonów. Drugi stanowił fragment czerwonej folii do naklejenia na latarkę – służył, naturalnie, do rozświetlenia całej areny na samym początku koncertu.

Niestety przegrałyśmy wyścig i byli inni, szybsi, którzy dotarli do barierek przed nami. Niemniej znalazłyśmy się na tyle blisko sceny, że samo oczekiwanie na rozpoczęcie całej zabawy napełniało nas ekscytacją. A potem na scenę wkroczyła ona. 

W ramach supportu wystąpiła Paris Paloma, znana Ci, być może, z takich utworów jak labour czy fruits. Oba wykonała, razem ze swoją niewydaną jeszcze piosenką, Mizayaki, inspirowaną, naturalnie, legendarnym rysownikiem Studia Ghibli. Tłum nie zawodził i już tutaj, na samym wstępie, można było zauważyć, że zmierza to wszystko w kierunku pozdzieranych gardeł. Do tej pory, gdy myślę o brawurowym wykonaniu labour, przez plecy przebiega mi dreszcz. Było dużo solidarności, były wzmianki o szkodach, jakie patriarchat robi kobietom i mężczyznom, było dużo dobrej muzyki i równie wiele inspirujących monologów. Pierwsze łzy popłynęły właśnie wtedy, gdy przez tę krótką chwilę poczuliśmy się wszyscy tak bardzo ze sobą zjednoczeni.

(Paris Paloma, moja prywatna galeria)

Ale przecież to był tylko początek!

Florence Welch i jej Maszyna wyłonili się zza rozwieszonego u sufitu materiału, imitującego płótno haftowane w roślinne wzory. Nie byli sami, towarzyszyła im formacja Witch Choir, dodająca wszystkiemu odpowiedniej ilości teatralnych gestów i dramatyzmu. Weszliśmy w tę magiczną przygodę utworem Everybody Scream i wszyscy, jak to sugerował sam tytuł, krzyczeliśmy.


(Florence + The Machine, galeria prywatna Sandry Bartczak)

Musisz wiedzieć, czytelniku, że należę do grona istot niezwykle emocjonalnych. Gdy coś mnie irytuje, płonę wściekłością. Gdy się cieszę, radość wypływa ze mnie czymś na kształt złocistych strumieni słońca. Gdy zaś za gardło chwyta mnie wzruszenie, to na całego. I przy każdej z tych okazji wypłakuję sobie oczy tak mocno, jakbym próbowała pozbyć się z organizmu całej wody. A 7 marca miałam naprawdę wiele okazji, by wylać z siebie odpowiednią ilość łez.

Sam poziom artystyczny całej imprezy wzruszał mnie do głębi. Rewelacyjny układ taneczny, gdzieś z pogranicza mrocznego magicznego rytuału i opętania, współgrał idealnie z aurą koncertu, przypominającego sabat czarownic. Później, wracając do domu przepełnionym krakowskim tramwajem, słyszałam wiele opinii, że po raz pierwszy tancerki przykuwały wzrok do tego stopnia, iż nawet gdy wokalistka znikała nam na chwilę z oczu, było się czym zachwycić. Gra światłem i przenikające ciało dźwięki muzyki działały jak zaklęcie.


(Florence Welch, galeria prywatna Sandry Bartczak)

Dostaliśmy od Florence brawurowe wykonania hitów z najnowszego albumu, takich jak otwierająca całe to zamieszanie Everybody Scream, przenikająca duszę The Old Religion, łamiąca serce Buckle, czy cytowana przeze mnie wyżej Sympathy Magic. Nie zabrakło także utworów z nieco odleglejszej historii zespołu, z których warto wymienić choćby Which Witch, Cosmic Love, Seven Devils czy Never Let Me Go, przy której, notabene, mogliśmy wykazać się możliwościami naszych gardeł, gdy przez jeden krótki, choć piękny moment cała Arena rozbrzmiewała chórem naszych głosów. 


(galeria prywatna Patrycji Łaptos)

Na wyjątkową uwagę zasługuje wykonanie Spectrum (Say My Name), nie tylko dlatego, że jest to piosenka jedna na milion. Brawura tego występu bierze się również stąd, że wokalistka najpierw „porwała” z widowni tęczową flagę (symbolizującą, naturalnie, społeczność LGBTQ+), a potem przebiegła po scenicznym wybiegu z uśmiechem, powiewając nią radośnie. Florence Welch jest znana z podobnych gestów wsparcia, to nie jest pierwszy raz. Jednak ujrzenie tego momentu na żywo wyciskało z oczu łzy wzruszenia, dumy i radości. To ważny i piękny gest, zwłaszcza zważywszy na tekst granego wówczas utworu:

Say my name
As every colour illuminates
We are shining
And we will never be afraid again


(galeria prywatna Nikoli Kowalik)

Fascynują mnie dwie sprawy.

Primo: jak odległy jest głos wokalistki podczas śpiewania od tego, którego używa, gdy przemawia do publiczności. Pierwszy to sama siła, niesamowity tembr, przejmujące wibrato. Pasuje idealnie do roli królowej czarownic, przejmującej prowadzenie i nadającej ton czarodziejskim zaśpiewom, praktykowanym przez jej poddanych. Drugi należy już do młodej, wrażliwej kobiety, jest delikatny, ociekający miodem. Oba znajdują się jakby na obu końcach spektrum tego, jak Florence Welch daje się odbiorcom poznać. Wskazują na wielowymiarowość nie tylko samej wokalistki, ale i kobiecości w ogóle.

Secundo: jak to jest, mieć całą wielką arenę ludzi na jedno skinienie ręką? Dyrygować tłumem aż tak bardzo? Jak można zmusić wszystkich do skakania jednym prostym „jump!”, jak bez najmniejszego wysiłku osiągnąć to, że słuchasz własnej piosenki z ust wielotysięcznego chóru głosów? 


(Florence Welch i formacja Witch Choir)

Chciałabym powiedzieć ci jeszcze, czytelniku, kilka słów o mikrej fotorelacji, którą tu zgromadziłam, w większości wyżebranej od moich koncertowych towarzyszek. By zrozumieć, dlaczego tak niechętnie oddawałam się tej niewątpliwej przyjemności robienia zdjęć, musisz zadać sobie kluczowe pytanie: czy sądzisz, że irytowanie potężnej czarownicy może wyjść ci na dobre? Jeżeli wahasz się z odpowiedzią, już śpieszę, by ci pomóc: absolutnie nie! Nie bez przyczyny w fandomie wyrósł sytuacyjny żarcik „Florence vs. the machine”. A poza tym... cóż, prawdę mówiąc, uwielbiam skupiać się na tym, co widzę, bez zbędnego stresu związanego z tym, czy przypadkiem nie ustawię aparatu krzywo. W takich warunkach nie można skakać. 

W myślach nazwałam ten koncert najlepszym i najbardziej dopracowanym, jaki widziałam w życiu. Nawet teraz, gdy tekst ten wychodzi na światło dzienne, czuję pewną tęsknotę za tym, co widziałam, a czego nie da się w pełni wyrazić w słowach i fotografiach. W tym wszystkim pozbierać się pomaga mi jeden z ostatnich utworów, które miałam możliwość na Tauron Arenie usłyszeć, And Love. W jego myśl, w tych niepewnych czasach, chcę z irytującym zapałem wierzyć, że „pokój nadchodzi”.