Powrót
Choroba poszlachecka, czyli „1670” patrzy w lustro

Choroba poszlachecka, czyli „1670” patrzy w lustro

Trzeci sezon 1670 wraca z większym rozmachem, ale też z zupełnie innym ciężarem. Jan Paweł traci fundament swojej szlacheckiej tożsamości, chłopi coraz głośniej domagają się swoich praw, a Adamczycha przestaje być całym światem. Czy serial, który zachwycił świeżością pierwszego sezonu, wciąż potrafi bawić? A może tym razem pod absurdem kryje się coś znacznie bardziej gorzkiego? Przyglądamy się trzeciemu sezonowi 1670, jego przemianom i temu, dlaczego sarmackie lusterko zaczyna pękać.

Kamila Szwajcowska
Autorka tekstu
Kamila Szwajcowska
Emilia Kwiatkowska
Korektorka
Emilia Kwiatkowska
Barbara Kuliga
Autorka grafik
Barbara Kuliga
Instagram
18 sierpnia 2026

Choroba poszlachecka, czyli 1670 patrzy w lustro

Trzeci sezon 1670 nie próbuje już być tym samym serialem, który pokochaliśmy w 2023 roku. Jest większy, ciemniejszy i bardziej świadomy własnej pozycji. Nadal bawi absurdem, ale coraz częściej pod śmiechem pojawia się coś znacznie mniej wygodnego – pytanie o to, co zostaje z człowieka, kiedy rozpada się świat, który przez całe życie uważał za nienaruszalny. Są seriale, które po sukcesie pierwszego sezonu próbują przede wszystkim powtórzyć sprawdzony przepis. 1670 mogłoby przecież zrobić dokładnie to samo: zostawić Jana Pawła w Adamczysze, dorzucić kilka nowych absurdów, jeszcze więcej współczesnych odniesień i liczyć na to, że widz ponownie będzie cytował bohaterów w mediach społecznościowych. Na szczęście trzeci sezon wybiera inną drogę. I chyba właśnie dlatego jest dla mnie ciekawszy niż drugi, choć niekoniecznie zabawniejszy niż pierwszy.

Pierwszy sezon był wydarzeniem. Pojawił się nagle i zderzył XVII-wieczną Polskę ze współczesnym językiem tak bezczelnie, że trudno było nie dać się temu pomysłowi porwać. Drugi musiał już żyć z ciężarem sukcesu – rozbudowywał świat, rozwijał bohaterów i sprawdzał, jak daleko można posunąć absurd. Trzeci natomiast zaczyna pytać, co się dzieje, kiedy ten absurd ma konsekwencje, i to jest jego największa siła. Przez pierwsze dwa sezony Adamczycha była właściwie całym wszechświatem serialu. Dworek, chłopi, sąsiedzi, rodzina i lokalne konflikty tworzyły zamknięty mikrokosmos, w którym Jan Paweł mógł bez końca odgrywać swoją rolę wielkiego sarmaty. W trzecim sezonie ten świat zaczyna się otwierać. Jan Paweł trafia do Warszawy i na królewski dwór, a wraz z tymi wydarzeniami serial wychodzi poza znane granice, co stanowi nie tylko zmianę scenografii, ale przede wszystkim zmianę perspektywy.

Człowiek, który w Adamczysze mógł czuć się królem własnego świata, nagle staje się jednym z wielu. Nie ma lepszego sposobu na pokazanie jego kompleksów: w Adamczysze Jan Paweł może przekonywać wszystkich, że jest kimś wielkim, ale w Warszawie musi tę wielkość dopiero udowodnić. Im bardziej próbuje to robić, tym wyraźniej widać, że jego największym przeciwnikiem jest własne ego. Najciekawszym elementem trzeciego sezonu jest jednak nie sama podróż do stolicy, lecz kryzys tożsamości głównego bohatera. Prawda o jego pochodzeniu i utrata dokumentów potwierdzających szlachectwo uderzają w sam fundament jego osobowości. Twórcy nazywają to „chorobą poszlachecką” – określeniem absurdalnym, ale jednocześnie zaskakująco trafnym. Bo Jan Paweł nie posiada szlachectwa. Jan Paweł jest szlachectwem. Całe jego poczucie wartości zostało zbudowane na hierarchii: musi być kimś ważniejszym od chłopa, bardziej wpływowym od sąsiada, bardziej wyjątkowym od innych szlachciców. Najbardziej boi się nie biedy czy utraty majątku, lecz możliwości, że okaże się nikim szczególnym.

Właśnie dlatego trzeci sezon pozwala spojrzeć na tę postać inaczej. W pierwszym sezonie Jan Paweł był przede wszystkim satyryczną figurą – idealnym obiektem do wyśmiania polskiej megalomanii. W trzecim zaczyna być również postacią trochę tragiczną. Nadal jest irytujący, nadal podejmuje absurdalne decyzje i nadal chciałoby się czasem powiedzieć mu, żeby po prostu usiadł i przestał, ale pod tą całą pewnością siebie coraz wyraźniej widać strach człowieka, który nie wie, kim będzie, kiedy zabierze mu się wszystko, czym do tej pory definiował siebie. Tutaj widać największą ewolucję serialu: Jan Paweł przestał być tylko memem. Oczywiście nadal można wycinać z jego wypowiedzi cytaty i wrzucać je do internetu, lecz trzeci sezon ma w sobie już inny rodzaj głębi. Jego obsesja na punkcie szlachectwa przestaje być wyłącznie kolejnym źródłem żartów i zaczyna napędzać fabułę. Dzięki temu Bartłomiej Topa ma znacznie ciekawszą rolę do zagrania – spod karykatury momentami wychodzi człowiek: nieprzyjemny, próżny i absurdalny, ale jednak człowiek.

W trzecim sezonie widać również znacznie większą świadomość tego, że za sarmacką komedią stoi konkretny system społeczny. W pierwszych dwóch seriach pańszczyzna była jednym z fundamentów świata przedstawionego, ale często pozostawała częścią satyrycznej scenografii. Teraz coraz trudniej ją ignorować. Chłopi mają dość, ich niezadowolenie narasta, a możliwość buntu przestaje być tylko kolejnym elementem komediowej układanki. Nagle okazuje się, że ludzie, których Jan Paweł traktował jak część swojego majątku, mają własne ambicje, własną cierpliwość i własne granice. To bardzo ważny moment. Przez pierwsze dwa sezony pytaliśmy przede wszystkim, co zrobi Jan Paweł, natomiast trzeci sezon coraz częściej pyta, co zrobią ci, którzy przez całe życie musieli żyć w jego świecie.

Nie da się nie zauważyć, jak bardzo rozrósł się świat serialu. Warszawa, królewski dwór, nowe lokacje i większa skala wydarzeń sprawiają, że produkcja staje się bardziej widowiskowa, ale co ważniejsze – pozwala to powiedzieć coś, czego wcześniej nie dało się przekazać. Adamczycha nie jest Polską, lecz tylko jej fragmentem, a Jan Paweł nie jest najważniejszym człowiekiem w kraju tylko dlatego, że tak uważa. Zderzenie jego przekonania o własnej wielkości z większym światem dodaje trzeciemu sezonowi mnóstwo komediowej energii, bo czym innym jest być najważniejszym człowiekiem we własnym dworku, a czym innym wejść do miejsca, w którym takich Janów Pawłów są setki.

Oczywiście nie byłoby 1670 bez absurdu. Pomysł wysłania chłopa na Księżyc jest wręcz kwintesencją tego serialu – jest głupi, absurdalny i kompletnie niepasujący do XVII wieku, a jednocześnie doskonale pasuje do Jana Pawła, który nawet podbój kosmosu potrafiłby potraktować jako kolejny dowód na wielkość szlachty. Takie momenty pokazują, że twórcy nadal potrafią znaleźć idealny punkt pomiędzy głupotą a satyrą, gdyż najlepsze żarty w tym serialu najpierw wydają się po prostu absurdalne, a dopiero po chwili okazują się komentarzem do czegoś znacznie większego. Problem pojawia się wtedy, kiedy serial zaczyna być zbyt świadomy własnej komediowej formuły. Czasami można odnieść wrażenie, że niektóre sceny powstały już z myślą o tym, żeby stać się cytatem albo memem, a kiedy widz zaczyna przewidywać mechanizm żartu, znika część tego zaskoczenia, które było największą siłą pierwszego sezonu.

To chyba największa różnica między pierwszą a trzecią serią: pierwsza była spontaniczna, trzecia jest świadoma. Nie jestem jednak pewna, czy jest to wada – być może 1670 po prostu nie powinno już próbować być najśmieszniejszym serialem w Polsce, tylko najciekawszym, i trzeci sezon jest właśnie próbą przesunięcia się w tę stronę. Nie wszystkie wątki mają tę samą siłę i nie każda postać dostaje tyle miejsca, ile mogłaby dostać. Czasami serial skacze pomiędzy pomysłami zbyt szybko, a niektóre żarty wydają się bardziej stworzone po to, żebyśmy mogli je potem powtórzyć znajomym, niż po to, żeby rozwijać historię. Ale kiedy 1670 przestaje próbować być wyłącznie komedią, robi się naprawdę dobre.

Najbardziej interesujący okazuje się kryzys całej rodziny Adamczewskich. Jan Paweł nie jest jedynym człowiekiem, który zaczyna tracić swoje miejsce – każdy z bohaterów próbuje na swój sposób odpowiedzieć na pytanie, jak żyć, kiedy stare zasady przestają działać. Dzięki temu tytułowa „choroba poszlachecka” staje się czymś większym niż żart – staje się chorobą całego społeczeństwa. I tutaj trzeci sezon wygrywa z drugim, który miał więcej pomysłów, podczas gdy trzeci ma więcej konsekwencji. W drugim sezonie wiele rzeczy było jeszcze zabawą i sprawdzaniem, jak daleko można posunąć świat 1670. W trzecim twórcy zaczynają zbierać konsekwencje: Jan Paweł traci status, rodzina przechodzi kryzys, chłopi są coraz bardziej niezadowoleni, polityka zaczyna wpływać na Adamczychę, a świat szlachecki, który wydawał się wieczny, okazuje się zaskakująco kruchy. To sprawia, że nowa seria ma wyraźne poczucie celu.

Nie chciałabym jednak, żeby 1670 całkowicie straciło swój absurd – nie potrzebuję, żeby nagle stało się poważnym serialem historycznym, nie chcę realizmu ani patosu. Chcę Jana Pawła, który próbuje udowodnić swoją wielkość na najbardziej absurdalne sposoby, współczesnego języka w XVII wieku oraz bohaterów, którzy potrafią w jednej scenie powiedzieć coś kompletnie idiotycznego, a chwilę później coś zaskakująco trafnego. Na tym właśnie polega fenomen tej produkcji: to serial, który może być jednocześnie głupi i inteligentny, i nie warto odbierać mu tej sprzeczności. Po trzech sezonach najważniejsze pytanie nie brzmi więc, czy trzecia seria jest śmieszniejsza od pierwszej ani czy jest bardziej absurdalna od drugiej. Najciekawsze pytanie brzmi: czy 1670 nadal ma coś do powiedzenia?

Odpowiedź jest zdecydowanie twierdząca. Trzeci sezon pokazuje, że pod całym tym błotem, memami i absurdalnymi dialogami nadal znajduje się całkiem sprawna satyra na polskie przywiązanie do hierarchii, narodowej wyjątkowości, historii i własnych mitów – tyle że tym razem śmiech jest trochę bardziej gorzki. Jan Paweł chce odzyskać swoje szlachectwo, bo nie potrafi wyobrazić sobie siebie bez uprzywilejowanej pozycji, chłopi zaczynają się buntować, bo nie chcą już być częścią cudzego świata, a rodzina próbuje znaleźć swoje miejsce w rzeczywistości, która coraz szybciej się zmienia. Wszystko to dzieje się w Polsce, która jest przekonana, że właśnie zmierza ku wielkości, podczas gdy rzeczywistość zaczyna mówić coś zupełnie innego.

Może właśnie dlatego trzeci sezon jest potrzebny: pierwszy sezon pokazał nam, jak śmieszna jest Adamczycha, drugi pokazał, jak można ten świat rozbudować, a trzeci zaczyna pokazywać, co się stanie, kiedy ten świat naprawdę zacznie się rozpadać. Nie jest już tak świeży jak pierwszy i nie zawsze jest tak równy, jak można by sobie życzyć, a czasami za bardzo mruga do widza. Ale jednocześnie jest odważniejszy, większy, ciemniejszy i bardziej świadomy tego, że 1670 dawno przestało być tylko serialem o XVII wieku. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że oglądamy historię sprzed ponad trzystu lat, a co chwilę mamy wrażenie, że ktoś napisał ją wczoraj. Może dlatego tak łatwo śmiejemy się z Jana Pawła i tak trudno nam przestać. Gdzieś pomiędzy Adamczychą a Warszawą, pomiędzy szlachtą a chłopami, pomiędzy Księżycem a błotem, 1670 po raz kolejny podstawia nam pod nos sarmackie lusterko. Tylko że tym razem to lusterko zaczyna pękać, a kiedy patrzymy w nie dłużej, zauważamy, że pęknięcia wcale nie biegną po szkle biegną po nas.