Powrót
Co to będzie, co to będzie? – rozprawa o dziadach i innych marach

Co to będzie, co to będzie? – rozprawa o dziadach i innych marach

Dominika Zięciak
Autorka tekstu
Dominika Zięciak
Monika Konkol
Korektorka
Monika Konkol
Barbara Kuliga
Autorka grafik
Barbara Kuliga
Instagram
11 marca 2026

Co to będzie, co to będzie? – rozprawa o dziadach i innych marach

Pozwól, drogi czytelniku, że zadam ci pytanie: co dzieje się w twojej głowie, gdy wspominam nazwę Dziady? Jakie postaci tańczą ci przed oczami, jakie szepty wlewają ci się do ucha? Poświęć choć chwilę na te rozważania, ale nie oddawaj im całej swojej uwagi – musi ci jej choć trochę pozostać. Ja zaś tymczasem po raz wtóry wcielę się w twoją usłużną przewodniczkę; bądź zatem Dantem dla mego Wergiliusza, gdy wspólnie znów zagłębimy się w zaświaty.

Podczas naszego ostatniego spotkania mieliśmy przyjemność rozejrzeć się nieco po miejscach z potencjałem na przybytek dla naszej pośmiertnej egzystencji. Na podstawie poczynionych wówczas wniosków uważać możemy, że w gruncie rzeczy śmierć stanowi korzeń, istotę wierzeń większości ludów – nie tylko tych europejskich. Nie jest ponadto wcale końcem wędrówki duszy, wręcz przeciwnie: stanowi przystanek, moment przejścia lub swego rodzaju inicjację do nowego, być może permanentnego stanu. Zajrzeliśmy także nieśmiało za zasłonę tajemnicy, spuszczoną na zaświaty w rozumieniu naszych słowiańskich przodków. Nim zaś skierujemy rozmowę na dalsze tory, pozwólmy sobie przypomnieć, nieco bardziej szczegółowo, czego należy się po tamtym miejscu spodziewać.

Jak już bez wątpienia wiemy: niczego nie można być pewnym. Starożytni Słowianie (w znaczeniu: zamieszkujące terytoria słowiańszczyzny ludy pogańskie) nie pozostawili nam po sobie żadnych źródeł pisanych, wszelkie zaś relacje o ich wierzeniach i rytuałach dzieli kilka stuleci od momentu przyjęcia na ziemiach polskich chrześcijaństwa. Spisane są ponadto przez duchownych, którzy do ewentualnej religii pogan mieli negatywny stosunek.

Jedną z hipotez, wysnuwaną między innymi w oparciu o analizę językową, wydaje się Wyraj/Nawia, krainy umieszczone w koronie oraz korzeniach wielkiego kosmicznego drzewa, gdzieś w okolicach Drogi Mlecznej. Z innej jednak strony rysuje nam się teoria zanotowana w Kronice autorstwa biskupa Thietmara z Merseburga, który twierdzi, iż Słowianie uważają, że wraz ze śmiercią cielesną wszystko się kończy. Doktor Kamil Kajkowski podaje również inne propozycje istnienia zaświatów jako krainy zimnej, ciemnej
i nieprzyjemnej, tłumacząc takie ich postrzeganie jako potencjalny owoc postrzegania Słowian jako nie-chrześcijan, dla których jedynym sensownym miejscem pośmiertnego przebywania byłoby mroczne i ponure piekło. Wysnuwa przy tym teorię, w oparciu o eschatologiczne praktyki ludów skandynawskich, z którymi utrzymywano stosunki handlowe, że Słowianie z okolic dzisiejszego Pomorza, mogli postrzegać krainę zmarłych jako wyspę oddzieloną wodą od świata doczesnego. Miałyby o tym świadczyć między innymi pochówki w łodziach, odnotowywane na tych terenach. Jeszcze inne teorie wskazują na łąkę, pastwisko dla dusz zmarłych.

Jakże jednak taka dusza mogła wyglądać?

Znów – rabini pozostają niezdecydowani. Nie możemy ustalić, w jaki sposób postrzegano duszę w czasach przedchrześcijańskich, bo też pierwsze udokumentowane jej wyobrażenia mamy dopiero z późnego średniowiecza, kiedy to charakteryzowały ją niemal fizyczne cechy, choć pozostawała niewidzialna. Niemniej warto zwrócić uwagę na takie słowa jak nav, czy nawie, wywodzące się najprawdopodobniej jeszcze z prasłowiańszczyzny, semantycznie zaś odwołujące się do trupa, śmierci czy też zwłok; we wschodniosłowiańskich gwarach ich znaczenie w pewnym momencie przesunęło się ku demonologii, tak też nazywa się niektóre rusałki. Mówi się także o nazwie lalka/lelka/łątka – te trzy zaś pozwolę sobie luźno powiązać z fraszką O żywocie ludzkim Jana Kochanowskiego (czy to nie fascynująca myśl, że porównanie ludzi do lalek miałoby mieć kolejne, jeszcze głębsze znaczenie?), czy z siejącym przerażenie ptakiem: lelkiem kozodojem, którego bierze się czasami za zwiastuna śmierci.

Pamiętasz, czytelniku, o co prosiłam cię na samym początku naszego dzisiejszego spotkania? Oto czas, byś sam sobie na to pytanie odpowiedział i porównał swoje zdanie z tym, co o Dziadach (czy też: dziadach) możemy powiedzieć na podstawie przeróżnych źródeł. Bo też w istocie: są na ziemi i w niebie takie rzeczy, które nie śniły się filozofom.

Zakładam, drogi czytelniku, że jednym z pierwszych twoich skojarzeń były Dziady, część II autorstwa naszego narodowego wieszcza; w końcu nawet dzieci znają tę historię, w której pogańska obrzędowość i ludowa etyka chrześcijańska splatają się ze sobą
w doprawionym gotycyzmem tańcu. Przypomnijmy: zebrany w kaplicy lud pod przywództwem guślarza wzywa na zaduszkową ucztę duchy, którym niedane było zaznać niebiańskich rozkoszy; jeżeli to możliwe, przywołani do świata doczesnego zmarli otrzymują pomoc w osiągnięciu szczęścia.

Sam Mickiewicz w przedmowie do swego dzieła mówi, że obrzęd Dziadów czy też Zaduszek zwany był swego czasu ucztą kozła, a odprawiano go zarówno na Litwie, jak i w Kurlandii czy Prusach na cześć dziadów, czyli ogółu dusz zmarłych. Zauważa, że w czasach dla niego współczesnych duchowieństwo walczy z zabobonem, świętuje się zatem w tajemnicy przed wszystkimi, na przykład w osłoniętej przed światem przycmentarnej kaplicy. Dodaje także:

Dziady nasze mają to szczególnie, iż obrzędy pogańskie pomieszane są z wyobrażeniami religii chrześcijańskiej, zwłaszcza iż dzień zaduszny przypada około czasu tej uroczystości. Pospólstwo rozumie, iż potrawami, napojem
i śpiewami przynosi ulgę duszom czyscowym.

O zaduszkowych posiłkach dla dusz pisze także Anna Koprowska-Głowacka, dodając, że zwyczaj przynoszenia posiłków na groby zmarłych jest znany przeróżnym ludom od tysiącleci. Na cmentarzach urządzano nawet uczty; także w domach, na oknach i stołach zostawia się do tej dla przodków posiłki i napitki.

A choć takie momenty, gdy granice światów zacierają się, a zmarli i żyjący mogą najłatwiej nawiązać ze sobą kontakt, kojarzą nam się przede wszystkim z przełomem października i listopada (mamy więc Wszystkich Świętych, Día de los Muertos, Halloween, Samhain, itp.), Dziady nie są zwyczajem jedynie jesiennym. Jak większość świąt w kalendarzach pogan, one również wiązały się ściśle z cyklem agrarnym, a co za tym idzie, współgrały ze zmianami w przyrodzie. Istniały również Dziady wiosenne, te zaś przypadały na przełom kwietnia i maja (zgrywając się tym samym z innymi świętami z różnych kultur, takimi jak: Noc Walpurgii czy wywodzące się od Celtów, a obchodzone przez Wiccan Beltane). Z duchami można zaś było się spotkać także w innych dniach, w Wielki Czwartek, wigilię Bożego Narodzenia czy podczas styp.

Jesienne Dziady wiązały się z rytuałami odprawianymi w obejściu. Otwierano zatem na oścież drzwi i okna, a głowa rodziny wypowiadała uroczyste zaproszenie. Nie należało wykonywać prac domowych z użyciem ostrych narzędzi, surowo zakazane było wylewanie pomyj przez okna. Wszystko po to, by przypadkiem nie zranić, czy też nie urazić przebywającej na powierzchni świata duszy. Nie palono w piecu, by zapewnić dziadom bezpieczne wejście do domostwa przez komin. Nawet pokarmów nie krojono nożem.

Na stole znaleźć można było takie potrawy jak kasza, chleb, miód i piwo. Wielką popularnością cieszyła się kutia, ponieważ zawarty w niej mak kojarzono ze snem, śmiercią oraz zaświatami. Niemniej unikano solenia pokarmów, bo też sól, w związku z przedstawianymi sobą właściwościami ochronnymi, mogła wypłoszyć nie tylko duchy złe, ale i dobre. Po kolacji nie sprzątano ze stołu, by przybysze mogli pożywić się w spokoju.

Wraz z nadejściem chrześcijaństwa zaczęto także zostawiać otwarte drzwi kościołów. Tam też o godzinie dwudziestej trzeciej dusza księdza miała odprawiać mszę dla swych towarzyszy z zaświatów.

Jak już wspomnieliśmy, zacieranie granicy pomiędzy światami skutkowało przybyciem dusz, które nie zawsze były usposobione pokojowo. Jak więc broniono się przed tymi, którzy mogli wyrządzić krzywdę żywym? Z drewna wycinano specjalne maski zwane karaboszkami, mające ukrywać prawdziwą tożsamość żywych. Takie zdejmowano dopiero
w izbie, przy kolacji, a z samego rana palono w ognisku.

Tradycje Dziadów nie umarły – wciąż dostrzegamy ich echa w uroczystości Wszystkich Świętych, która przecież wiążą się z praktyką duchową, nie tylko cmentarną rewią mody. Grupy rekonstrukcyjne oraz rodzimowiercze także wciąż próbują kultywować stare zwyczaje.

Czytelniku, to na dziś koniec naszych rozważań. Bywaj zatem zdrów, a gdy już nadejdzie czas… uchyl w noc Dziadów okno. Może odwiedzi cię jakaś przyjazna dusza?