Powrót
Dawno, dawno temu… – czyli dlaczego wciąż czytamy baśnie?

Dawno, dawno temu… – czyli dlaczego wciąż czytamy baśnie?

Dominika Zięciak
Autorka tekstu
Dominika Zięciak
Monika Konkol
Korektorka
Monika Konkol
Barbara Kuliga
Autorka grafik
Barbara Kuliga
Instagram
10 marca 2026

Dawno, dawno temu… – czyli dlaczego wciąż czytamy baśnie?

Nie da się ukryć, że żyjemy w erze retellingów. Wystarczy choć chwilę pobuszować w najbliższej księgarni, by odkryć, że rynek wydawniczy obfituje ostatnimi czasy w motywy znane i lubiane od wieków. Kino od lat serwuje nam kolejne adaptacje i interpretacje tego, co zdaje się nienaruszalne – tworząc przy tym także po latach nowe części historii tak starych i oczywistych, że na wieść o nich człowiek nie wie już, czy czuć radość, czy może frustrację spowodowaną naruszeniem świętości. Prym wiodą baśnie; odwrócone, wspaniale pokręcone, jednocześnie od zarania dziejów niezmienne i za każdym razem zupełnie nowe.

Pytania aż same cisną się na usta. Jakim cudem te najbardziej znane baśnie przetrwały do dziś? Dlaczego ciągle czytamy je dzieciom? Co sprawia, że sami wciąż ze wzruszeniem chadzamy oswojonymi przez baśnie ścieżkami?

By te kwestie rozjaśnić, spróbujmy przeanalizować baśń pod względem historycznoliterackim. Jako gatunek wywodzi się z tradycji oralnej, wędruje z ust do ust – podczas takiej podróży zmienia się, ewoluuje, narasta w nowe znaczenia i konteksty. Podlega tym samym prawom, co opowieści religijne, również pozwala pierwiastkom nadnaturalnym stanąć ponad tym co ludzkie. Gdy w końcu ją ktoś spisuje, ma ona wielkie szanse na to, by stać się światowym bestsellerem, czego dowodzą Baśnie dla dzieci i domu Jacoba i Wilhelma Grimm, Bajki Babci Gąski Charlesa Perraulta czy Baśń nad Baśniami Giambattisty Basilego. Takie historie nazywamy baśniami magicznymi.

Nieco inaczej ma się sprawa z baśniami Hansa Christiana Andersena – te nie wyrastają wcale z tradycji ludowych. Nawiązują do pewnych utartych schematów, ale powstają odgórnie, z fantazji samego autora. Za powstanie podobnych historii odpowiada rozwijający się w XIX wieku folkloryzm (a więc odrywanie pewnych fragmentów folkloru od pierwotnych znaczeń i używanie ich w zupełnie nowych kontekstach – w sztuce, kulturze). Tak zbudowane baśnie Stanisław Lem podpinał już pod fantastykę; dziś nazwiemy je baśniami literackimi.

Lubimy wierzyć, że pod naszą szarą rzeczywistością jest coś więcej, cokolwiek. Musi być jakiś sens, jakieś ukryte znaczenie, jakiś alternatywny układ rzeczy. Wciąż boimy się wypowiedzieć słowa „nie wierzę we wróżki”, bo co, jeśli stanowią one śmiertelną broń przeciw tym małym kruchym istotkom? Nawet jeśli porzuciliśmy wiarę całe lata temu, wciąż trzymamy się jej strzępków, jakbyśmy bez niej mieli zatonąć w codzienności. Jaką uciechę dają nam baśnie ze swoją oczywistą cudownością! Jakże lubimy dryfować po świecie, w którym Czerwony Kapturek nie jest zdziwiony tym, że przeprowadził rozmowę z Wilkiem!

A choć nasza rzeczywistość bywa szara, ba, może nawet nijaka, czasami nas przytłacza swoim ogromem. Nie można jej tak łatwo zrozumieć. Jako dzieci liczymy na to, że w dorosłości otworzą nam się oczy – że pytania rozwieją się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Te zaś, jak na złość, jedynie się przed nami nawarstwiają. O, ironio! tęsknimy za prostymi odpowiedziami z lat dziecięcych. Chcemy znów poczuć pewność – tę samą, którą czuliśmy, gdy przy okazji pierwszego śniegu myśleliśmy o trzepiącej swą pościel Pani Zamieci. 

Amerykański psychoanalityk, Bruno Bettelheim, zauważa, że to właśnie stanowi korzyść, którą baśnie dają dzieciom. W swej prostocie objaśniają zawiłości świata; pozwalają także zajrzeć w głąb siebie i swojej psychiki, co naturalnie wspiera proces dojrzewania. Powtarzalność motywów i schematów pomaga przy okazji pokonać lęk przed dorosłością. Są terapeutyczne, bo przekazują młodym czytelnikom wiedzę na temat świata i kultury w sposób przez dzieci rozumiany i preferowany. Pokuszę się o stwierdzenie, że podobnych wrażeń szukamy w nich także my – dorośli.

Mierzi nas w naszej codzienności wiele, ale najwięcej bólu zadaje chyba świadomość, że dobro nie zawsze wygrywa. Czasem nawet nie próbuje walczyć – poddaje się i tylko leży w brudnym rynsztoku, oczekując na swój koniec. Możemy albo całkowicie utracić w nie wiarę, albo w rozpaczliwym geście zwrócić się ku baśniom, by opowiedziały nam o triumfie piękna, dobra i miłości. Potrzebujemy klepnięcia w ramię od tych wszystkich, którzy rozprawili się ze złem, by pokładać nadzieję w „i żyli długo i szczęśliwie” – takim jak to, które stało się udziałem pięknej kobiety na tyle odważnej, by pokochać bestię.

Z wiekiem zwiększają się nasze percepcyjne zdolności – więcej dostrzegamy, więcej rozumiemy. Łączymy ze sobą takie wątki i umieszczamy historie w takich kontekstach, o jakich jako dzieci byśmy nie pomyśleli. Dorastamy – zatem doroślej interpretujemy to, co już dobrze znamy. Przestajemy krzywdzić Kopciuszka słowami, że jego baśń opowiada jedynie o znalezieniu bogatego męża. Spod warstwy tekstu odczytujemy ukryte znaczenie: to mówiące o zachowaniu godności i odzyskaniu utraconej (a przecież bez wątpienia należnej) pozycji.

Widzimy w baśniach lustro – wcale nie takie magiczne – w którym możemy się przejrzeć, wyciągnąć wnioski na temat siebie i swojej rzeczywistości.

Drogi Czytelniku, pozwól się oczarować. Sięgnij po ten stary tomik braci Grimm, który zdecydowanie pamięta lepsze czasy. Owiń się szczelnie kocem, przygotuj sobie kubek gorącej herbaty. Jeśli nie chcesz czytać, obejrzyj film lub serial. Niech baśń, nieważne która, otuli Cię swym ponadczasowym ciepłem.