Powrót
„Everybody Scream” – czyli o nowym albumie Florence + The Machine

„Everybody Scream” – czyli o nowym albumie Florence + The Machine

Dominika Zięciak
Autorka tekstu
Dominika Zięciak
Adrianna Smug
Korektorka
Adrianna Smug
Instagram
Barbara Kuliga
Autorka grafik
Barbara Kuliga
Instagram
11 marca 2026

Everybody Scream – czyli o nowym albumie
Florence + The Machine

Po pewnym czasie dość intensywnego słuchania nowego albumu Florence + The Machine mogę powiedzieć na pewno dwie rzeczy: 

  1. uwielbiam go na tyle, by zabrać cię, czytelniku, w podróż po ich muzycznej wrażliwości;

  2. Florence ma absolutnie niesamowity talent do poruszania podobnych tematów w konsekwentny sposób – ale tak, by wciąż motywować do zgłębiania ich. I to, wbrew pozorom, niezwykła zaleta. 

Pozwól więc, że dziś zaprowadzę cię w terytorium dość mi bliskie, ale wciąż niezbadane w całości. Zaczynamy?

Na początek garść faktów o albumie…

Warto zaznaczyć, że Everybody Scream jest albumem wciąż cieplutkim
i pachnącym jak świeże bułeczki. Wyszedł niecałe trzy tygodnie temu, na tegoroczne Halloween. Już to indykuje nam swego rodzaju klucz interpretacyjny – wskazuje bardzo wyraźnie klimat i estetykę do których muzyka będzie się odwoływać. 

Grupa, w związku z wydaniem szóstego krążka, zapowiedziała na pierwszą połowę przyszłego roku światową trasę koncertową. Odwiedzą również Polskę – będziemy mogli dać im się oczarować 7 marca na krakowskiej TAURON Arenie. Osobiście mam cichą nadzieję zdać z tego wydarzenia odpowiednią relację. 

…i o wykonawcy

Zanim zacznę rozwodzić się nad samym Everybody Scream, pozwolę sobie przedstawić wykonawców tym, którzy się z nimi jeszcze nie znają. 

Florence + The Machine to brytyjski zespół indie rockowy, powstały
w 2007 r. i już wtedy grający na takich festiwalach jak Glastonbury czy Reading. Przy okazji recenzowania ich drugiego albumu (Ceremonials z 2011 r.), magazyn „Rolling Stone” nazwał ich muzykę „ciemną, mroczną i romantyczną” – i zdaje się, że to najlepsze określenie również dla Everybody Scream

Obecnie grupa składa się z dziewięciu członków, na czele
z Florence Welch, znaną z mocnego wokalu i niezwykłych modowych wyborów. Krytycy porównują ją z Kate Bush, Siouxie Sioux, PJ Harvey czy Bjork; wokalistka mówi również o Grace Slick oraz nieodżałowanej Patti Smith, które ukształtowały jej muzyczną wrażliwość.

O czym jest Everybody Scream?

Jak się już zapewne zorientowałeś, czytelniku, lubię zabierać cię ze sobą w przeróżne podróże – bliskie, dalekie, po wnętrzu ziemi, wyobraźni i przez wieki kształtowanej wrażliwości – te zaś traktuję jako pretekst do opowiadania historii. Bo tak to już jest z nami, ludźmi, że musimy opowiadać. Nasze ciała potrzebują powietrza, odzienia i pożywienia, dusze historii. 

Florence + The Machine również nam o czymś opowiadają. Ba! Również zabierają nas w pewne miejsce – nieco abstrakcyjne, choć w pewien sposób namacalne. Schodzimy więc tym razem nie do podziemia, ale do wnętrza przepełnionej gniewem kobiecej duszy. Dziwaczna to przestrzeń, potargana, brudna i głośna. Ale przede wszystkim – wściekła. Naprawdę wściekła. 

Gdy już oczy przyzwyczają się do panującej tu ciemności, mogą dostrzec skąd wzięła się cała ta wściekłość. Widzimy trudne relacje – z mężczyznami i z samą sobą. Przyglądamy się poczuciu niesprawiedliwości i ciągłej potrzebie udowadniania własnej wartości na rynku muzycznym. Mocno uderza — zwłaszcza w pamięć — wciąż świeży ból utraty dziecka. 

To album o całym tym cierpieniu, które rośnie w sercu i duszy – ale także o tym, że należy go z siebie wyrzucić. Stąd też tytułowe wezwanie – niech wszyscy krzyczą! 

Estetyka sabatu czarownic

Już na samym wstępie mamy do czynienia z tytułową piosenką, Everybody Scream. Jest to singiel, który poruszył tysiące osób. Opowiada o tym właśnie, że należy krzyczeć. Znaleźć sobie takie miejsce, które nie wymaga od nas ciszy i grzeczności. I krzyczeć. Płuca sobie zdzierać. Wrzeszczeć. Krzyczeć, krzyczeć, krzyczeć – tak głośno, jak tylko się nam podoba! Obawiam się, że po tym numerze z TAURON Areny będzie trzeba mnie wynieść – o własnych siłach nie wyjdę. Ot, dygresja duszy kobiecej. 

Intrygujący wydaje się zabieg, w którym chórek równie wściekłych głosów wtóruje Florence i wraz z nią namawia słuchaczy do wrzasku. W tym chaosie jest dziwna harmonia, coś co uspokaja, niejako tuli tych uciśnionych. Zupełnie tak, jakby zebrał się cały sabat czarownic i w pogańskim rytuale zaklinał własny gniew, smutek i żal. 

Z resztą magii i pogaństwa jest tu znacznie więcej – oczywistym wyborem dla tej kategorii zdaje się utwór The Old Religion. W nim także coś jakby kotłowało się pod skórą, próbowało rozsadzić od wewnątrz ścianki żył. Pragnienie powrotu do wolności, magii, natury?

Wnioski i podsumowanie 

Nie ma tu zbyt wielu tematów, których zespół kiedyś już by nie poruszał, estetyka także wydaje się znajoma. Osobiście łączę Everybody Scream z moim najdroższym Ceremonials. Czy to źle? 

Nie. 

Sama grupa wypowiadała się kiedyś, że w pewien sposób można ich muzykę porównać do sztuki renesansowej – obie mają w sobie miłość, śmierć, czas, ból, niebo oraz piekło. Innymi słowy – nic, co ludzkie, nie jest im obce. Takich albumów potrzebujemy, do bólu ludzkich. Opowiadających o sferze profanum w taki sposób, by wynieść ją wysoko, wysoko, aż do sacrum. 

 

„Everybody Scream” – czyli o nowym albumie Florence + The Machine – Zaparzone Rozmowy