Powrót
Grupy poetyckie XX-lecia międzywojennego

Grupy poetyckie XX-lecia międzywojennego

Joanna Gonsior
Autorka tekstu
Joanna Gonsior
Instagram
Adrianna Smug
Korektorka
Adrianna Smug
Instagram
Joanna Gonsior
Autorka grafik
Joanna Gonsior
Instagram
10 kwietnia 2026

Grupy poetyckie XX-lecia międzywojennego

XX-lecie międzywojenne

Dwudziestolecie międzywojenne (1918 – 1939) to jeden z najważniejszych okresów w dziejach polskiej kultury. Polacy, po odzyskaniu niepodległości, stanęli wobec wyzwania odbudowy państwa, a także jego tożsamości, a sztuka stała się niejako wyrazem tej odrodzeniowej energii. Twórcy pragnęli mówić nowym językiem – wolnym od romantycznego patosu i martyrologicznej tradycji – sięgając po tematy codzienności, współczesności oraz nowoczesności. 

Pierwsze lata niepodległości (1918 – 1928) przyniosły entuzjazm i wiarę w postęp – w sztuce dominował optymizm i twórcza odwaga. Natomiast druga dekada (1928 – 1939) była naznaczona niepokojem oraz przeczuciem zbliżającej się katastrofy. W tak dynamicznym i pełnym sprzeczności czasie naturalnie zaczęły kształtować się grupy poetyckie – wspólnoty młodych artystów, którzy chcieli znaleźć własny sposób wyrażania nowej rzeczywistości. To właśnie one stały się motorem przemian w polskiej poezji. 

Skamander (1916 – 1939)

Najbardziej rozpoznawalną grupą poetycką tego okresu był Skamander, którego nazwa pochodzi z Akropolis Stanisława Wyspiańskiego – ”Skamander połyska, wiślaną świetląc się falą”. Do tej grupy należeli: Julian Tuwim, Jarosław Iwaszkiewicz, Jan Lechoń, Kazimierz Wierzyński i Antoni Słonimski, a blisko z nimi była związana także Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. Spotykali się w warszawskich kawiarniach – najpierw Pod Picadorem, a potem w słynnej Ziemiańskiej, gdzie toczyły się najżywsze dyskusje literackie, ale nie tylko – poeci czytali tam również swoje wiersze, często prowokacyjne lub parodystyczne oraz włączali się do spotkań publiczności. 

Skamandryci nie tworzyli ścisłego programu – można powiedzieć, że wręcz manifestowali swoją bezprogramowość. Łączyła ich raczej radość życia, fascynacja nowoczesnością i przekonanie, że poezja powinna być bliska człowiekowi. W swoich wierszach opiewali codzienność: miłość, przyjaźń, miasto, naturę oraz zwykłe ludzkie emocje. Zrywali z patosem – często podstawą dla utworów były np. zasłyszane na ulicy rozmowy, miejski gwar. Posługiwali się językiem potocznym, wykorzystywali neologizmy, kolokwializmy, a nawet wulgaryzmy. Wzorowali się na Leopoldzie Staffie, którego uważali za duchowego przewodnika. Niewątpliwie dzięki nim poezja zeszła z piedestału – stała się przede wszystkim ludzka, prosta i autentyczna. 

Awangarda Krakowska (1922 – 1927)

Nieco inny charakter miała Awangarda Krakowska, skupiona wokół Tadeusza Peipera – redaktora pisma Zwrotnica. Do grupy należeli także m.in. Julian Przyboś, Jan Brzękowski i Adam Ważyk – twórcy, których celem było, by wiersz był konstrukcją równie precyzyjną jak… maszyna. Awangardyści głosili hasło Miasto, Masa, Maszyna (tzw. kult 3xM) – fascynowali się postępem, rozwojem przemysłu oraz rytmem nowoczesnego życia. Chcieli, by poezja odzwierciedlała dynamikę współczesności, była spójna i uporządkowana, zbudowana z taką samą dokładnością jak najdoskonalsza konstrukcja techniczna. 

Członkowie Awangardy Krakowskiej odrzucali więc nadmiar emocji oraz ozdobnych metafor. Głosili natomiast hasło: „Minimum słów, maksimum treści”, podkreślając potrzebę klarowności, a także dyscypliny języka, przy jednoczesnym dążeniu do oryginalnej, niebanalnej i świeżej metaforyki, zdolnej tworzyć nową rzeczywistość poetycką. Co istotne – Peiper podkreślał, że poeta powinien konstruować zdanie z taką samą precyzją, z jaką architekt wznosi dam, unikać pustosłowia i sięgać po bardziej fantazyjne, czy niebezpośrednie formy wyrazu, bo – jak stwierdził – „Proza nazywa, poezja pseudonimuje”. 

Futuryści (1918 – 1923)

Zdecydowanie najbardziej radykalnym i – w mojej skromnej opinii – najciekawszym nurtem artystycznym był futuryzm. Jego pojawienie się tuż po I wojnie światowej wstrząsnęło światem literackim – wprowadziło do niego chaos, śmiech, prowokację, a także całkowicie nowe rozumienie sztuki. Dla futurystów przeszłość była ciężarem, a tradycja? Można powiedzieć, że po prostu przeszkodą. Warto wspomnieć, że w Polsce istniały dwa główne ośrodki futuryzmu: warszawski – z Aleksandrem Watem i Antolem Sternem, oraz krakowski – z Brunem Jasieńskim, Stanisławem Młodożeńcem oraz Tytusem Czyżewskim. Obydwie grupy łączyło przekonanie, że stara rzeczywistość musi ustąpić miejsca nowej. Futuryści byli zafascynowani miastem, ruchem, techniką i energią współczesności – chcieli, by poezja brzmiała jak gwar ulicy, tętent maszyn, rytm nowego wieku. 

Eksperymentowali z językiem, rytmem i ortografią. W tomie „Nuż w bżuhu”, zapisanym w całości fonetycznie, Jasieński łamał wszelkie reguły językowe, podkreślając, że słowa mogą być nie tylko nośnikiem znaczeń, ale też brzmień, emocji, czy tempa. Wiersz miał przypominć okrzyk, wybuch, impuls – sztuka miała poruszać, a nie uspokajać. Ich głównym celem było całkowite zerwanie z przeszłością – zarówno z narodową tradycją romantyczną, jak i przywiązaniem do klasycznych form sztuki. Odrzucali wszystko co „stare” i „skostniałe”, nawołując do symbolicznego strącenia z piedestału „mumii Mickiewiczów”. Zamiast kultu przeszłości proponowali pochwałę nowoczesności, prędkości, maszyny oraz postępu – zachwyt nad światem, który zmienia się na oczach człowieka. 

Wieczory poetyckie grupy często przeradzały się w prowokacyjne spektakle, pełne skandali, krzyku i żartu. W almanachu „Prymitywiści do narodów świata i do Polski” (1920), Wat i Stern głosili pochwałę absurdu, a także spontaniczności, przekornie twierdząc, że „Gga gąsiora jest piękniejsze od śpiewu słowika” – ten żartobliwy, a zarazem symboliczny manifest miał pokazać, że prawdziwa sztuka nie musi być wzniosła ani doskonała – jej siła tkwi w autentyczności, energii i wolności od konsekwencji. Chociaż działania poetów niejednokrotnie budziły liczne kontrowersje, nie sposób odmówić im odwagi i świeżości myślenia. Futuryści dobitnie udowodnili, że sztuka może być przestrzenią wolności, ruchu oraz eksperymentu, a bunt wobec tradycji – sposobem tworzenia świata od nowa. Chyba właśnie za tą twórczą odwagę i niezależność najbardziej ich cenię. 

Druga Awangarda (lata 30. XX wieku)

W drugiej połowie lat trzydziestych na literackiej scenie pojawiło się nowe pokolenie poetów, których nazywano Drugą Awangardą. Ich głos brzmiał zupełnie inaczej niż optymistyczne tony wcześniejszej dekady – był przepełniony niepokojem, poczuciem zagrożenia i nadchodzącej katastrofy. Świat, który jeszcze niedawno wydawał się pełen nadziei, teraz coraz wyraźniej drżał w obliczu zbliżającej się wojny. W ramach tego nurtu wykształciły się dwa najważniejsze ośrodki: lubelski, skupiony wokół Józefa Czechowicza oraz wileński, związany z grupą Żagary, w której działali m.in. Czesław Miłosz, Teodor Bujnicki i Jerzy Zagórski. Obydwa środowiska różniły się tonem oraz poetyką, ale łączył je jeden kluczowy aspekt – świadomość kruchości ludzkiego losu wraz z bezsilnością wobec nadchodzącej tragedii. 

Czechowicz tworzył poezję niezwykle delikatną, nastrojową, wręcz muzyczną – w jego wierszach słychać echo ludowych pieśni, można również dostrzec czułość wobec małych, prowincjonalnych pejzaży. Ale za tą sielskością zawsze czai się coś więcej – cień katastrofy i nieustanne przeczucie końca. Poeci skupieni wokół Żagarów zupełnie inaczej patrzyli na rzeczywistość. Oni nie opisywali końca świata – bardziej trafnym określeniem jest to, że go rozważali – z filozoficzną powagą pytali o granice ludzkiej winy, o sens historii, o odpowiedzialność za to co nadchodzi. Właśnie w tym tkwi wyjątkowość Drugiej Awangardy – w świadomości, że świat naprawdę może runąć, a poeta nie ocali go słowem, jedynie spróbuje zrozumieć. Ich twórczość brzmi dziś jak ciche ostrzeżenie przed katastrofą – jak głos, który już przeczuwał, że wszystko co znane, za chwilę bezpowrotnie zniknie.