
Jak nie zostałam księżniczką, kardiochirurżką ani drzewem w teatrze dla dzieci
Jak nie zostałam księżniczką, kardiochirurżką ani drzewem w teatrze dla dzieci
Moją ulubioną bajką z serii Barbie, była ta z Dziadkiem do orzechów. Do dziś wracam do tego małego arcydzieła kinematografii, z ogromnym sentymentem. Zrodziło się wtedy we mnie bardzo poważne marzenie: chciałam zostać księżniczką i baletnicą w jednym. Niestety, szybko zorientowałam się, że nie wiem, od czego zacząć. Szukanie księcia bez doświadczenia i CV, okazało się trudniejsze, niż zakładałam. Dopiero kiedy miałam siedemnaście lat, napisał do mnie algierski mężczyzna, który twierdził, że jest księciem. Informował, że jego rodzina chce przekazać mi ogromny spadek - wystarczyło tylko, żebym podała numer konta i PIN. Moje drugie wielkie marzenie - kariera primabaleriny - zostało jednak brutalnie zdeptane. Usłyszałam, że „trzeba zacząć jak najwcześniej, najlepiej w wieku trzech lat, a jeśli masz więcej niż siedem, to już właściwie po wszystkim”. Miałam wtedy osiem. Czyli byłam już, jak na balet, starą kobietą. I tak, zamiast na scenie Teatru Bolszoj, wylądowałam na podłodze własnego pokoju, robiąc „gwiazdę” w piżamie.
Później zapragnęłam zostać nauczycielką języka angielskiego. Moja siostra właśnie pracowała w tym zawodzie, a ja - trzeba to przyznać - naprawdę dobrze radziłam sobie z angielskim w szkole. Wydawało się to całkiem rozsądne: prestiż i wolne wakacje. Przez chwilę nawet czułam się dorosła, tworząc swój własny dziennik, do którego wpisywałam ludzi z mojej klasy. Tych, których lubiłam, oceniałam sprawiedliwie. A tym, za którymi nie przepadałam - wpisywałam jedynki od góry do dołu. Czułam się jak królowa edukacji. I sprawiedliwości. Sielanka trwała, dopóki nie rozpoczął się strajk nauczycieli. A potem usłyszałam kilka historii o tym, jak dzieciaki w wieku 9 lat, potrafią złamać człowieka psychicznie jednym zdaniem typu: „proszę pani, pani dziś jakoś gorzej wygląda”.
Przeszłam przez okres chęci bycia kardiochirurgiem, po obejrzeniu filmu Bogowie o Zbigniewie Relidze. Stworzyłam nawet szczegółowe notatki, bazując na wiedzy z Wikipedii, bo jakże inaczej! Były pełne terminów, które brzmiały niczym hasła z najnowszego podręcznika studentów medycyny. Nie było szans, żeby to w ogóle miało sens, ale w tamtym czasie, czułam się jak prawdziwa profesjonalistka. Niestety, praktyka nie nadążała za teorią, i w końcu zrozumiałam, że to jednak nie moja droga. Na szczęście, żadna z moich notatek nie trafiła do szpitala jako wskazówka dla początkujących chirurgów.
Wszystko, co działo się później - istny chaos i kryzys egzystencjalny. Aktorka? Dziennikarka? A może historyczka? Te profesje krążyły w mojej głowie z prędkością światła, a każda była równie kusząca. Postanowiłam więc, jak przystało na przyszłą intelektualistkę, sporządzić krótkie zestawienie ich plusów i minusów. Aktorka ma szansę na sławę i wpływ, ale ,,sławna zostaje jedna na milion, a reszta gra drzewa w teatrze dla dzieci.’’ Dziennikarka wpływa na opinię publiczną i pisze o ważnych tematach, ale często spotyka się z uwagami: ,,za dużo stresu, za mało pieniędzy’’ i ,,ktoś Ci zawsze powie, co masz napisać.’’ Historyczka pasjonuje się przeszłością, ale jej zawód bywa niedoceniany – ,,kogo to obchodzi, co się działo 378 lat temu?’’.
I tak, z każdą zmianą marzeń, z każdym niepewnym krokiem, zrozumiałam, że życie to nie wyścig do celu, ale raczej podróż pełna odkryć. Wszystkie moje plany - od baletu po kardiochirurgię - zostały zastąpione przez język, wiersze, literaturę i rozważania nad tym, czy Mickiewicz mógłby napisać lepszy wiersz, gdyby miał dostęp do Twittera. Każdy krok, nawet ten najbardziej chaotyczny, doprowadził mnie do miejsca, w którym mogę teraz łączyć pasje, zdobywać doświadczenie i odkrywać, jak szerokie horyzonty są wciąż przede mną.