
Jesień pachnie deszczem i Charli XCX. Dlaczego „Wuthering Heights” brzmi najlepiej właśnie teraz?
Jesień ma swoje małe rytuały: herbatę stygnącą na biurku, deszcz za oknem i piosenki, które nagle znaczą więcej niż jeszcze kilka miesięcy temu. Po lecie zdominowanym przez kwaśną zieleń płyty BRAT wracam do Charli XCX, szukając w jej muzyce czegoś głębszego niż klubowej euforii. Bo może jesień wcale nie wymaga nowej ścieżki dźwiękowej. Może wystarczy nauczyć się słuchać tych samych utworów w nieco innym świetle.
Jesień pachnie deszczem i Charli XCX. Dlaczego Wuthering Heights brzmi najlepiej właśnie teraz?
Niektóre albumy są jak letnie noce, których nie chcemy kończyć. Inne przypominają powroty do domu, kiedy za oknem robi się ciemno, a my po raz kolejny odtwarzamy w głowie rozmowy, które dawno powinny zostać za nami. Jesienią nawet Charli XCX brzmi trochę inaczej. I chyba właśnie dlatego tak dobrze jest teraz do niej wrócić.
Jest taki moment w roku, kiedy zaczynamy traktować własne mieszkania jak małe schronienia przed światem. Przestajemy narzekać na deszcz, bo w końcu daje nam całkiem niezłą wymówkę, żeby odwołać plany. Wyciągamy z szafy swetry, które przez ostatnie miesiące czekały na swoją kolej, a wieczory powoli odzyskują przyjemność z bezczynności. Nagle okazuje się, że nie musimy być wszędzie, wiedzieć wszystkiego ani przeżywać życia w tempie kolejnego trendu z TikToka. Możemy po prostu usiąść, włączyć muzykę i pozwolić sobie na odrobinę melancholii. W moim jesiennym scenariuszu jest miejsce dla Charli XCX.
Przyznaję, że to skojarzenie może wydawać się nieco przewrotne. Przecież jeszcze niedawno album BRAT był niemal synonimem lata: kwaśna zieleń, klubowe noce, rozmazany makijaż i energia, która nie pytała o pozwolenie. Charli stała się twarzą pewnej beztroski, ale nie tej niewinnej i pastelowej. Raczej beztroski podszytej zmęczeniem, niepewnością i świadomością, że nawet najlepsza impreza kiedyś się kończy. W jej świecie taniec nigdy nie był wyłącznie tańcem. Czasami stanowił sposób na zagłuszenie myśli, które wracały, gdy tylko milkła muzyka.
Może właśnie dlatego tak łatwo odnaleźć ją również jesienią. Wystarczy zmienić scenerię. Zamiast rozgrzanego parkietu mamy mokre ulice. Zamiast wychodzenia z domu o północy – powolne powroty, kiedy miasto wygląda, jakby samo miało ochotę położyć się spać. Zamiast obietnicy kolejnej niezapomnianej nocy pojawia się potrzeba przeżycia czegoś, co nie musi być spektakularne, żeby miało znaczenie. I gdzieś pomiędzy jednym a drugim pojawia się Wuthering Heights – tytuł, który już sam w sobie brzmi jak zaproszenie do świata, w którym uczucia nie bywają szczególnie rozsądne.
Nie sposób nie pomyśleć o powieści Emily Brontë. O wrzosowiskach, wietrze i miłości, która nie potrafi odnaleźć dla siebie spokojnego miejsca. O emocjach tak intensywnych, że zamiast przynosić ukojenie, potrafią człowieka zupełnie pochłonąć. Wichrowe Wzgórza od zawsze kojarzyły mi się z romantycznością pozbawioną wygodnego filtra. To nie jest miłość, którą można zamknąć w estetycznym kadrze, podpisać cytatem i uznać za przeżytą. To raczej uczucie, które zostaje z nami długo po tym, jak przestajemy o nim mówić.
Jesień dobrze rozumie ten rodzaj romantyczności. Nie tej z kwiatami kupowanymi bez okazji i spacerami o zachodzie słońca, ale tej bardziej niewygodnej. Tej, która każe nam wracać do starych wiadomości, zastanawiać się, co właściwie ktoś miał na myśli, i odtwarzać w głowie rozmowy, które w rzeczywistości trwały może trzy minuty. Jesienią nawet przypadkowe spojrzenie potrafi nabrać znaczenia, a piosenka usłyszana w autobusie nagle brzmi tak, jakby ktoś napisał ją specjalnie dla nas. Być może to kwestia pogody. Być może po prostu łatwiej przyznać się do własnej wrażliwości, kiedy świat za oknem przestaje udawać, że wszystko musi być pełne energii.
I tutaj wracam do Charli. Najciekawsze w jej twórczości jest dla mnie to, że pod elektroniczną produkcją, popową przesadą i klubową energią od dawna kryje się coś znacznie mniej efektownego: niepewność, samotność, pragnienie bliskości i świadomość, że nie da się wiecznie uciekać przed samym sobą. BRAT nie było przecież wyłącznie manifestem dobrej zabawy. W jego świecie euforia często sąsiadowała z niepokojem, a pewność siebie z pytaniami, na które nie było łatwych odpowiedzi.
Jesienią te pęknięcia stają się szczególnie interesujące. Nie dlatego, że muzyka nagle się zmienia, lecz dlatego, że my zaczynamy słuchać jej inaczej. Latem łatwo zagłuszyć własne myśli kolejnym wyjściem, spotkaniem czy spontanicznym planem. Jesienią częściej zostajemy sami ze sobą. A kiedy zostajemy sami, nawet dobrze znane piosenki potrafią odsłonić znaczenia, których wcześniej nie zauważaliśmy.
Nie chcę przy tym udawać, że jesienne słuchanie muzyki musi oznaczać wielkie emocjonalne odkrycia. Czasami chodzi wyłącznie o przyjemność. O ten szczególny moment, kiedy wracamy do domu, zdejmujemy płaszcz, zapalamy małą lampkę i włączamy album, który pasuje do naszego nastroju lepiej niż jakiekolwiek słowa. Nie musimy od razu analizować każdej linijki ani szukać w niej odpowiedzi na pytania dotyczące własnego życia. Wystarczy, że muzyka towarzyszy nam w zwyczajności.
Mam wrażenie, że trochę o tym zapomnieliśmy. Żyjemy w kulturze, która nawet odpoczynek próbuje zamienić w projekt. Czytamy, żeby rozwijać siebie, słuchamy, żeby odkrywać nowe brzmienia, oglądamy, żeby mieć o czym rozmawiać. Wszystko powinno do czegoś prowadzić, najlepiej jeszcze zostawić po sobie estetyczny ślad. Tymczasem czasami najbardziej potrzebujemy wieczoru, który nie będzie miał żadnego celu. Takiego, w którym możemy przesłuchać ulubioną płytę po raz dziesiąty i nie czuć potrzeby tłumaczenia się z tego komukolwiek.
Może właśnie dlatego tak lubię myśl o Charli towarzyszącej jesieni. Nie muszę wybierać między artystką, przy której chciało się przeżyć najbardziej szaloną noc lata, a tą, której muzyka pasuje do deszczowego popołudnia. Jedno nie wyklucza drugiego. Można tęsknić za ciepłymi wieczorami i jednocześnie cieszyć się powrotem do domu przed zmrokiem. Można kochać klubową energię, a później potrzebować ciszy. Można być jednocześnie osobą, która chce tańczyć do rana, i osobą, która najchętniej spędzi cały wieczór pod kocem.
Właściwie nie ma w tym żadnej sprzeczności. Jest za to coś bardzo ludzkiego. Nie wiem, czy istnieje jeden album idealny na jesień. Podejrzewam, że dla każdego będzie to coś innego: płyta odziedziczona po starszym rodzeństwie, utwór kojarzący się z pierwszą miłością albo album, którego słuchaliśmy w drodze na studia, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy, jak będzie wyglądał nasz dzień. Muzyka przywiązuje się do wspomnień, a wspomnienia przywiązują się do pór roku. Czasami dopiero po latach rozumiemy, dlaczego konkretne dźwięki tak mocno kojarzą nam się z określonym momentem życia.
Dlatego nie chcę definitywnie żegnać lata razem z ostatnimi ciepłymi dniami. Nie zamierzam też porzucać Charli XCX na rzecz muzyki, która z założenia ma być bardziej melancholijna, spokojna i odpowiednia do patrzenia przez okno. Wolę potraktować jesień jako okazję do ponownego odkrywania tego, co już znam. Do słuchania uważniej, bez pośpiechu i bez potrzeby ciągłego szukania czegoś nowego.
Bo może Wuthering Heights brzmi najlepiej właśnie teraz – nie dlatego, że jesień nadaje mu dodatkowe znaczenie, ale dlatego, że pozwala nam usłyszeć to, na co latem nie zawsze mamy czas. Wszystkie te emocje, które chowamy pod warstwą codziennych obowiązków, żartów i kolejnych planów. Wszystko, co nie mieści się w prostych podziałach na dobre i złe dni, udane i nieudane relacje, szczęście i smutek.
Za oknem coraz wcześniej robi się ciemno. Herbata stygnie, telefon leży odwrócony ekranem do dołu, a kolejna piosenka powoli dobiega końca. Nie wydarzyło się nic szczególnego. Nikt nie napisał wiadomości, która zmieniłaby nasze życie, nie podjęliśmy żadnej ważnej decyzji i nie znaleźliśmy odpowiedzi na pytanie, które nosimy w sobie od miesięcy.
A jednak jest nam dobrze. Może właśnie tego potrzebujemy tej jesieni: nie kolejnego powodu do euforii, ale przypomnienia, że melancholia również potrafi być piękna. Że nie każdą ciszę trzeba wypełniać, nie każdą tęsknotę zamieniać w działanie i nie każdy wieczór musi kończyć się historią wartą opowiedzenia.
Czasami wystarczy deszcz, ulubiona muzyka i świadomość, że przez chwilę nie musimy nigdzie iść.
A Charli? Charli może zostać z nami jeszcze na trochę. Lato nie obrazi się przecież, jeśli jesienią znajdziemy dla niej zupełnie nowe miejsce.