
Kiedyż ten przyjdzie, kto wyzwoli? Recenzja Wyzwolenia w reż. Mai Kleczewskiej
Kiedyż ten przyjdzie, kto wyzwoli?
Recenzja Wyzwolenia w reż. Mai Kleczewskiej
MUZA
Czegóż to chcesz?
KONRAD
Wyzwolin.
Po fantastycznym Weselu w reżyserii Mai Kleczewskiej wybrałam się niemal w ciemno na Wyzwolenie, które – jak zapowiadają twórcy – „zamyka narodowy tryptyk” reżyserki tuż po spektakularnych Dziadach i Weselu. Ten teatralny „cykl” po raz kolejny przygląda się polskiej tożsamości, mitom i temu, co wciąż powraca w naszej narodowej wyobraźni. Punktem wyjścia jest dramat Stanisława Wyspiańskiego – tekst trudny, pełen symboli, filozoficznych i politycznych napięć, który nawet w swojej oryginalnej formie potrafi przytłoczyć odbiorcę.
Mogę śmiało stwierdzić, że nie polecam iść na Wyzwolenie bez wcześniejszej lektury dramatu Wyspiańskiego. Już sam oryginał jest dziełem wymagającym: gęstym od symboli, znaczeń i kontekstów. Bez tej podstawy widz może momentami poczuć się zagubiony – spektakl nie prowadzi go grzecznie za rączkę, raczej wrzuca w wir obrazów i głosów.
I to właśnie te głosy są jednym z największych arcydzieł spektaklu. O mój Boże! Jest to genialnie zrealizowany element muzyczny tego widowiska. Niskie ukłony dla Mateusza Bieryta (rola Konrada) za przygotowanie i opracowanie wokalne. Maski pozostają w sporze z Konradem; ich niemal mantryczne, nakładające się na siebie głosy, wprowadzają widza w bardzo specyficzny stan. Jaki? Najbliżej mu chyba do niepokoju – narastającego, gęstego, a przede wszystkim trudnego do zignorowania. W pewnym momencie ma się wrażenie, że dźwięk zaczyna żyć własnym życiem, a scena zamienia się w rodzaj zbiorowego rytuału.
Jak to często bywa w spektaklach Kleczewskiej, pojawiają się również wyraźne uwspółcześnienia. Reżyserka chętnie korzysta z mocnych, momentami prowokacyjnych obrazów scenicznych. Niektóre z nich balansują na granicy skandalu – jak choćby scena z postacią Jezusa, która przebija trzymanym w dłoniach krzyżem ciała osób z chóru. Ten gest trudno zignorować. Jednych może oburzyć, innych skłonić do refleksji, ale z pewnością (co najważniejsze) nie pozostawia obojętnym.
Na sam koniec zostawiam jednak otwarte pytanie: czy użycie sztucznej inteligencji do generowania wizualizacji było naprawdę konieczne? Projekcje pojawiające się w spektaklu momentami sprawiają wrażenie niedopracowanych – ocierają się o estetykę kiczu i zamiast wzmacniać przekaz, potrafią rozproszyć uwagę. Być może miały podkreślić współczesny charakter sztuki, jednak chwilami wyglądały raczej jak technologiczny eksperyment niż świadomy element scenicznej kompozycji.
Wyzwolenie w interpretacji Kleczewskiej to diagnoza współczesności – społeczeństwa zagubionego między potrzebą wolności, a nieustannym odgrywaniem ról. Konrad próbuje wyrwać się z tej teatralnej gry, ale scena wciąż produkuje nowe maski, nowe narracje i nowe iluzje. Czy naprawdę chcemy wyzwolenia – czy tylko kolejnej roli, w której możemy się wygodnie ukryć?