Powrót
Kiedyż ten przyjdzie, kto wyzwoli? Recenzja Wyzwolenia w reż. Mai Kleczewskiej

Kiedyż ten przyjdzie, kto wyzwoli? Recenzja Wyzwolenia w reż. Mai Kleczewskiej

Julia Kokoc
Autorka tekstu
Julia Kokoc
Instagram
Monika Konkol
Korektorka
Monika Konkol
Barbara Kuliga
Autorka grafik
Barbara Kuliga
Instagram
12 marca 2026

Kiedyż ten przyjdzie, kto wyzwoli?

Recenzja Wyzwolenia w reż. Mai Kleczewskiej

MUZA

Czegóż to chcesz?

KONRAD

Wyzwolin. 

Po fantastycznym Weselu w reżyserii Mai Kleczewskiej wybrałam się niemal w ciemno na Wyzwolenie, które – jak zapowiadają twórcy – „zamyka narodowy tryptyk” reżyserki tuż po spektakularnych Dziadach i Weselu. Ten teatralny „cykl” po raz kolejny przygląda się polskiej tożsamości, mitom i temu, co wciąż powraca w naszej narodowej wyobraźni. Punktem wyjścia jest dramat Stanisława Wyspiańskiego – tekst trudny, pełen symboli, filozoficznych i politycznych napięć, który nawet w swojej oryginalnej formie potrafi przytłoczyć odbiorcę.

Mogę śmiało stwierdzić, że nie polecam iść na Wyzwolenie bez wcześniejszej lektury dramatu Wyspiańskiego. Już sam oryginał jest dziełem wymagającym: gęstym od symboli, znaczeń i kontekstów. Bez tej podstawy widz może momentami poczuć się zagubiony – spektakl nie prowadzi go grzecznie za rączkę, raczej wrzuca w wir obrazów i głosów.

I to właśnie te głosy są jednym z największych arcydzieł spektaklu. O mój Boże! Jest to genialnie zrealizowany element muzyczny tego widowiska. Niskie ukłony dla Mateusza Bieryta (rola Konrada) za przygotowanie i opracowanie wokalne. Maski pozostają w sporze z Konradem; ich niemal mantryczne, nakładające się na siebie głosy, wprowadzają widza w bardzo specyficzny stan. Jaki? Najbliżej mu chyba do niepokoju – narastającego, gęstego, a przede wszystkim trudnego do zignorowania. W pewnym momencie ma się wrażenie, że dźwięk zaczyna żyć własnym życiem, a scena zamienia się w rodzaj zbiorowego rytuału.

Jak to często bywa w spektaklach Kleczewskiej, pojawiają się również wyraźne uwspółcześnienia. Reżyserka chętnie korzysta z mocnych, momentami prowokacyjnych obrazów scenicznych. Niektóre z nich balansują na granicy skandalu – jak choćby scena z postacią Jezusa, która przebija trzymanym w dłoniach krzyżem ciała osób z chóru. Ten gest trudno zignorować. Jednych może oburzyć, innych skłonić do refleksji, ale z pewnością (co najważniejsze) nie pozostawia obojętnym.

Na sam koniec zostawiam jednak otwarte pytanie: czy użycie sztucznej inteligencji do generowania wizualizacji było naprawdę konieczne? Projekcje pojawiające się w spektaklu momentami sprawiają wrażenie niedopracowanych – ocierają się o estetykę kiczu i zamiast wzmacniać przekaz, potrafią rozproszyć uwagę. Być może miały podkreślić współczesny charakter sztuki, jednak chwilami wyglądały raczej jak technologiczny eksperyment niż świadomy element scenicznej kompozycji.

Wyzwolenie w interpretacji Kleczewskiej to diagnoza współczesności – społeczeństwa zagubionego między potrzebą wolności, a nieustannym odgrywaniem ról. Konrad próbuje wyrwać się z tej teatralnej gry, ale scena wciąż produkuje nowe maski, nowe narracje i nowe iluzje. Czy naprawdę chcemy wyzwolenia – czy tylko kolejnej roli, w której możemy się wygodnie ukryć?