Powrót
Kim jest mój ukochany? – czyli o dniu świętego Andrzeja

Kim jest mój ukochany? – czyli o dniu świętego Andrzeja

Dominika Zięciak
Autorka tekstu
Dominika Zięciak
Monika Konkol
Korektorka
Monika Konkol
Barbara Kuliga
Autorka grafik
Barbara Kuliga
Instagram
10 marca 2026

Kim jest mój ukochany? – czyli o dniu świętego Andrzeja

Dziś, czytelniku, nie będziemy wędrować zbyt daleko – aura temu nie sprzyja. Jest tak zimno, szaro i buro, że najchętniej przysiadłoby się przy kominku z kubkiem gorącego napoju. Poetyka naszego profilu wymaga kawy: mam zatem ze sobą wspaniałe zbożowe cappuccino, słodkie i cynamonowe. Również sobie coś przygotuj; zapal świecę, chwyć za klucz i miskę z wodą. Gotowy? Zaczynajmy zatem – pozwól, że opowiem ci co nieco o końcówce listopada.

Spójrz tylko, jak magiczny jest to czas. Dzień skraca się coraz bardziej, mrok zapada szybciej i szybciej. Zdarza się, że mamy już pierwszy śnieg. Coś się nieuchronnie kończy – ale jednocześnie intensyfikuje się w nas poczucie oczekiwania. Już zaraz rozpocznie się grudzień. Niezależnie od wiary, oczekujemy – na narodziny Zbawiciela, powrót słońca… długo by opowiadać, zostawmy to sobie na inną wyprawę. Siły magiczne w natarciu. Aż się prosi, by to wykorzystać. Podobnie myśleli nasi przedchrześcijańscy przodkowie.

Na pewno miałeś przyjemność, czytelniku, brać udział w wieczorku wróżb guseł, imprezie andrzejkowej. Szkoła, świetlica, osiedlowy klub dziecięcy, domówka u boku przyjaciół; wymieniam te konteksty nie bez przyczyny, bo każdy stwarza wybitnie dobrą okazję, by pochylić się trochę nad swoim losem – mniej lub bardziej dla zabawy. W takich chwilach lubię wyciągać karty tarota i zapytać: co skrywa przyszłość?

Anna Stasiak zauważa, że podobna ciekawość (na równi z tendencją do wygodnictwa) towarzyszy nam od zawsze – budowała nasz świat, od greckiej Pytii po ludy słowiańskie. Dlaczego wpływa na nas tak silnie akurat teraz – na końcu listopada? Cóż, wierzono, że skoro zamiera cały świat, to (naturalnie) „druga strona” jest znacznie bliżej; stąd po świecie spacerowały duchy przodków. Naturalnie budziło to pewien lęk, ale nie odzierało z rozsądku. Skoro już taki zmarły znalazł się na ziemi, można było dowiedzieć się od niego czegoś ciekawego.

Gdy zaś kończyła się robota w polu, kobiety spotykały się grupami w swoich domach, a podczas pracy, na którą składało się przędzenie, tkanie, kiszenie, itp., rozmawiano. Snuto nie tylko baśni i opowiastki z dreszczykiem – dyskutowano także nad kwestiami matrymonialnymi. Śluby dawniej urządzano na jesień i zimę, by nie tracić czasu, który można było spożytkować na pracę na świeżym powietrzu. Każde kolejne wesele rzucało zaś na niezamężne panny cień rozmaitych pytań – Co ze mną? Kiedy przyjdzie moja kolej? Czy znajdzie się ktoś, kto zaopiekuje się mną po śmierci rodziców? W takich chwilach zwątpienia ukojenie dawały wróżby i praktyki magiczne.

Kobiety zbierały się więc w nocy z 29 na 30 listopada i czarowały; patronował im święty Andrzej (patron między innymi rybaków i podróżników, ale także małżeństw). Mężczyźni wróżyli nieco wcześniej, w nocy z 24 na 25 listopada, podczas katarzynek. Oni z kolei byli pod opieką świętej Katarzyny, męczennicy z Syrakuz. Anna Stasiak podaje, że jej patronat można uzasadnić między innymi tym, że jest silnie związana z oczami, zmysłem wzorku. Dobre widzenie zaś jest szczególnie cenny przy wyborze partnerki, czyż nie?

Jest jeszcze święta Łucja, której wspomnienie obchodzimy 13 grudnia – wtedy również wróżymy, podobnie jak na andrzejki. To jednak temat na osobną rozmowę, czytelniku, tymczasem nasza kawa nieuchronnie się kończy.

Raz jeszcze pozwolę sobie odwołać się do nowej książki Anny Stasiak, by przybliżyć ci nieco rytuały Słowian z początku średniowiecza. Saxo Gramatyk (duński kronikarz) opisuje w swych dziełach zwyczaje Słowian połabskich, konkretnie plemienia Ranów – mieszkańców wyspy Rugii, gdzie mieścił się ośrodek kultu Świętowita. Oni to wróżyli z… białego konia, rumaka bóstwa. Przed ważnymi wyprawami zbrojnymi w ziemię wbijano (ostrzem do dołu) rząd włóczni, następnie zaś przeprowadzano przez nie ustrojonego rzemieniami konia. By wróżba dla boju była pomyślna, powinien przestąpić je najpierw nogą prawą. Jeżeli zaś zwierzę rozpoczęło przeprawę od nogi lewej, powracano do domu i bitwy zaniechano.

Choć dziś już nie wróżymy w ten sposób, niektóre techniki przetrwały do naszych czasów. Najbardziej popularną i najsilniej kojarzoną z andrzejkami jest lanie wosku przez dziurkę od klucza wprost do miski z zimą wodą. Zastygając, utworzy jakąś figurę – podnosimy ją do źródła światła i badamy cień, jaki rzuca na ścianę. Cokolwiek wydedukujemy, staje to się naszą wróżbą.

Przepowiadamy przeszłość także z butów. Ustawiamy je w szeregu przez cały pokój, potem przenosimy ostatni na początek i tak dalej, aż któryś nie dotknie noskiem progu – to jego właścicielka wyjdzie za mąż jako pierwsza. But rzuca się też za siebie – jeżeli jego nosek wskazuje drzwi, również zwiastuje rychłe zamążpójście.

Rzuca się także obierkami z jabłek; literka, która powstanie podczas ich upadku na ziemię ma być inicjałem przyszłego partnera. Przyznam ci, czytelniku, że nigdy tej wróżby przesadnie nie lubiłam – jakoś koślawo szło mi obieranie jabłek. Albo, nie daj Boże, wynik był niepomyślny i zamiast „M” wychodziło jakieś nieszczęsne „T”.

Bibliografia 

  1. Stasiak A., Słowiański przewodnik po świętowaniu, Wydawnictwo Insignis Media, Kraków 2025.

Kim jest mój ukochany? – czyli o dniu świętego Andrzeja – Zaparzone Rozmowy