Powrót
ŁAPIĄC KOPCIUSZKA – „Bridgertonowie” sezon 4.

ŁAPIĄC KOPCIUSZKA – „Bridgertonowie” sezon 4.

Manuela Jarzębska
Autorka tekstu
Manuela Jarzębska
Monika Konkol
Korektorka
Monika Konkol
Barbara Kuliga
Autorka grafik
Barbara Kuliga
Instagram
22 marca 2026

ŁAPIĄC KOPCIUSZKA – Bridgertonowie sezon 4.

Minęło już kilka tygodni od premiery drugiej części najnowszego sezonu Bridgertonów, w którym śledzimy losy drugiego z braci, Benedicta i służącej, Sophie. Po zaskoczeniu, jakim była premiera serialu w 2020 roku, każdy kolejny sezon jest wyczekiwany z niecierpliwością, a nadchodzące premiery poprzedzają szumne kampanie marketingowe.

Najnowsza odsłona serialu była wyczekiwana także z innego powodu. Po wielkim sukcesie drugiego sezonu, przez wielu uważanego za najlepszą część franczyzy, trzeci okazał się sporym rozczarowaniem. Głównym zarzutem była niewiarygodność relacji i brak chemii między głównymi bohaterami – Penelope i Colinem – ale także nagromadzenie pobocznych wątków, przez co główna para serii wydawała się schodzić na drugi plan. Fabuła osadzona jest tylko dla luźnego kontekstu w epoce regencji, a w poprzedniej części, wydawać by się mogło, że twórcy nawet nie próbowali pokazać, że zależy im na podtrzymaniu jakichkolwiek pozorów utrzymania tej koncepcji. Bohaterki paradowały w bardzo współczesnym makijażu i przedłużonych paznokciach. Z tego też powodu najnowszy sezon miał sporo do udowodnienia, tym bardziej, że po raz pierwszy historia dwójki zakochanych wykracza poza sfery arystokracji i pozwala nam zajrzeć do świata służby.

Każdy z książkowych pierwowzorów historii rodzeństwa Bridgertonów podąża za jakimś literackim tropem – przerobiliśmy już udawany związek, relację „od wrogów do kochanków” oraz „od przyjaźni do miłości”, a historia Benedicta i Sophie to interpretacja motywu Kopciuszka. Głowna bohaterka jest nieślubnym, ale kochanym przez ojca-lorda dzieckiem, którą zawistna macocha po śmierci męża zdegradowała do roli służącej. Dziewczynie udaje się jednak wymknąć na organizowany przez Violet Bridgerton bal maskowy, gdzie w masce na pół twarzy poznaje Benedicta. Zanim jednak uda mu się wydobyć z dziewczyny imię albo chociaż zajrzeć pod maskę, wybija północ i Sophie ucieka, zostawiając po sobie tylko rękawiczkę. W czwartym sezonie, poza szukaniem tajemniczej ukochanej, Benedict pod nieobecność brata musi przejąć obowiązki głowy rodziny i zająć się młodszymi siostrami. Sophie natomiast tuła się przez kolejne domostwa, aż w końcu trafia na służbę do domu Bridgertonów i próbuje oprzeć się ukochanemu, zdając sobie (bardziej niż on) sprawę z tego, że ich związek nie byłby możliwy. To właśnie ciekawość, jak para rozwiąże problem mezaliansu trzyma nas w napięciu do samego końca.

Do produkcji powróciła także producentka Shonda Rhimes i ten powrót „królowej telewizji” jest zauważalny w jakości produkcji, która wydaje się wracać na właściwe tory. Znowu główna para znajduje się w centrum, a pozostałe postaci dostają tylko mniej złożone wątki poboczne, które łączą się z losem głównych bohaterów. Jedynie historia Franceski toczy się własnym torem, ponieważ wciąż jest budowana pod to, co rozegra się w dedykowanym owdowiałej siostrze sezonie. Chociaż wątek Franceski nie jest głównym, to pozostaje najbardziej emocjonalnym, ale też pozostawiającym widzów (po raz kolejny) bez odpowiedzi. Książkowy oryginał skupia się na jej relacji ze szwagrem (Michaelem) w obliczu żałoby oraz jej marzeniu o macierzyństwie, natomiast w serialu, już w poprzednim sezonie, postać książkowego Michaela, późniejszego męża Franceski, została zamieniona na Michaelę. Skoro na każdy sezon trzeba czekać prawie dwa lata, na rozwiązanie tego, jak twórcy potraktują jej wątek, często przedstawiany jako najpoważniejsza i najdojrzalsza część serii, przyjdzie nam czekać w sumie aż cztery lata. Mówi to wiele o tym, jak dzisiaj tworzy się seriale, ale też z pewnością jest to przemyślana strategia Netflixa, aby utrzymać zainteresowanie widza.

W najnowszym sezonie działa to, co nie zadziałało poprzednio – chemia między dwójką bohaterów, „yearning”, czyli pragnienie drugiej osoby i wiarygodność ich uczucia w prawdziwie niesprzyjających okolicznościach, ponieważ kwestia mezaliansu i tego, jak mógłby zaważyć na całej rodzinie zostaje mocno podkreślona. Bridgertonowie to lekki serial, który został osadzony w bardzo złożonym kontekście. Żeby ten cukierkowy świat, wymyślony w XIX-wiecznej Anglii, utrzymać w kupie nie można pozwolić sobie na leniwe pisanie. I chociaż serial udaje, że nie aspiruje do wysnuwania poważnych wniosków, tylko do bycia lekkim „diamentem sezonu”, wokół którego można nakręcić ładny marketing, to nie udaje się mu uciec od poważniejszych interpretacji. Już od pierwszego sezonu seria jednocześnie podejmuje temat rasy, ale przyjmuje też taktykę „see no colour”, czyli udawanie, że kolor skóry nie ma znaczenia. Dlatego najlepsza przyjaciółka królowej i książę Hastings mogą mieć ciemną skórę, ale kwestia niewolnictwa w tym świecie nie istnieje. Nie znaczy to jednak, że rasizm nigdy nie istniał, bo w należącym do franczyzy serialu Królowa Charlotta podkreśla się, jak przełomowe dla wszystkich nie-białych poddanych było pojawienie się czarnoskórej królowej. Wiemy, że Wielka Brytania ma coś do czynienia z Indiami, bo to stamtąd pochodzi bohaterka drugiego sezonu, Kate, ale ona i jej rodzina to arystokratki hinduskiego pochodzenia, więc kwestia kolonialna w Bridgertonach także nie jest problemem.

Z jednej strony jest to zagranie rodem z Hamiltona, którego zróżnicowana etnicznie obsada była celowym zabiegiem twórcy – Lina-Manuela Mirandy – ponieważ chciał, aby cały naród amerykański mógł utożsamić się z tytułowym bohaterem i opowiadaną historią. Jednak Bridgertonowie nigdy nie aspirowali i nie aspirują do bycia tak złożonym dziełem, jak wspomniany musical, a jednak problemy świata przedstawionego są nam podane wybiórczo. Rasizm i kolonializm nie istnieją, ale uciemiężenie kobiet i kapitalizm już tak. W ciągu całego serialu, za pomocą różnych bohaterek podejmowany jest temat „czystości”, a kobiety w tym świecie żyją wręcz w zbiorowej psychozie, gdzie dwa wymienione zdania z obcym mężczyzną sprowadzą na nie ciążę, a na ich ród – hańbę. I chociaż kontrola kobiet przez ich seksualność wśród europejskiego mieszczaństwa w XIX wieku osiągnęła chyba wtedy swoje apogeum, to serial nie adresuje tego problemu wystarczająco. Zamiast poruszyć wątek Violet, która z kolejną córką nie jest w stanie rozmawiać o seksie i pożyciu małżeńskim, dostajemy jej wątek miłosny, który także w dużej mierze kręci się wokół wstydu. Lady Bridgerton ukrywa się ze swoim kochankiem, bojąc się o reputację, podczas gdy jednym z najciekawszych żartów historii jest to, że najlepsze, co mogło spotkać kobietę w przeszłości, to wdowieństwo, szczególnie kiedy miała już synów i majątek. Równie naiwnie serial przedstawia nam Sophie, która może ma nieco więcej pojęcia jak działają niektóre części jej ciała niż szwagierki, ale wciąż pozostaje „uroczo niedoświadczona”. Obsesja czystości dotyczyła głównie wyższych sfer i chociaż kobieca seksualność zawsze była narzędziem kontroli, to wśród służby, a nawet na wsiach nie była ona tak restrykcyjna, jak twórcom serialu się wydaje. Dotychczas każdy z głównych bohaterów serialu przed ślubem był „rozpustnikiem”, a ich partnerki – niedoświadczonymi dziewicami, które wszystkiego musiały zostać przez nich nauczone. Takie podejście produkcji do kwestii seksu, podczas gdy inne realia epoki przedstawia wybiórczo, jest moim największym zarzutem do serialu i niczym innym niż fetyszyzacją braku równowagi sił w relacji oraz kolejną formą wykorzystywania wstydu do kontroli nad kobietami. Nawet jeśli serial podejmuje „próbę” zmierzenia się z tematem, to są one, po raz kolejny, bardzo sztuczne i, tak naprawdę, tylko dokładają się do rozwoju kultury czystości i konserwatywnego podejścia.

UWAGA, W TEJ CZĘŚCI ZNAJDUJĄ SIĘ SPOJLERY

Kolejną kwestią jest rozwiązanie wątku miłosnego Benedicta i Sophie, których małżeństwo i idący za tym mezalians mogłyby zniszczyć reputację całego tytułowego rodu. Nie mogę odnieść się do tego, jak zostało to przedstawione w powieści, dlatego poddaję ocenie jedynie serial. Jest to lekkie naciągnięcie, że mezalians drugiego syna jednej z najbogatszych rodzin, którego siostra jest księżną, a matka ma bliskie powiązania z królową, byłby aż takim skandalem i załamaniem, jak próbuje się nam wmówić. Zostało nam to przedstawione jak całkowity koniec świata. Wciąż jednak – Bridgertonowie, nawet kiedy udają, że wyciągają rękę do klas niższych niż ich własna, robią to tylko na pokaz. Chociaż ostatecznie mówi się, że Sophie jest daleką krewną Lorda Penwood z innej części kraju i nikt tego nie podważa, to wiemy, że do małżeństwa dochodzi, ponieważ, niczym „deus ex machina”, pojawia się testament ojca dziewczyny. Przez te wszystkie lata Sophie ani razu go nie sprawdziła, bo było jej zbyt przykro, a okazuje się, że lord jednak uznał swoją córkę i zostawił jej pokaźny posag. Możesz zostać żoną lorda, nawet jeśli jesteś służącą, ale wciąż – tylko jeśli masz odpowiednie pochodzenie.

Koniec końców, chociaż Bridgertonowie są idealnym polem do dyskusji o obecnej popkulturze, to ten sezon potwierdza, że są także obecnie jednym z jej głównych reprezentantów. Jest to jedna z flagowych produkcji Netflixa i zdecydowana większość odbiorców na świecie nie ogląda jej po to, aby zastanawiać się nad niuansami świata przedstawionego takimi jak rasa i sytuacja kobiet. Nadrzędną rolą Bridgertonów jest bawić, relaksować, rozpalać marzenia o wielkiej miłości i ten sezon udowodnił, że serial wciąż ją spełnia.