Powrót
Opowieść o opowiadaczu

Opowieść o opowiadaczu

Dominika Zięciak
Autorka tekstu
Dominika Zięciak
Osoba spoza Zaparzonych
Korektorka
Osoba spoza Zaparzonych
Barbara Kuliga
Autorka grafik
Barbara Kuliga
Instagram
11 marca 2026

Opowieść o opowiadaczu

Spotyka mnie niewątpliwy zaszczyt opowiadania Ci, czytelniku, wielu różnych (mniej lub bardziej ciekawych) historii. Wędrujemy wspólnie po blaskach i mrokach dziejów, bierzemy udział w sabatach czarownic, wpraszamy się wraz z Kopciuszkiem na bal, odwiedzamy króla Artura na wyspie Avalon... Czasem nawet siadamy wspólnie w bujanych fotelach i, sącząc kawę, przyglądamy się sprawom bliższym, równie wartym zgłębienia. Na początku pozwoliłam sobie użyć słowa „opowiadanie” – i ono właśnie zdefiniuje naszą dzisiejszą przeprawę przez literaturę. Kawa gotowa? No to zaczynajmy. 

W roku 2012 – zatem dokładnie 200 lat po ukazaniu się pierwszego wydania Baśni domowych i dziecięcych autorstwa braci Grimm – Philip Pullman pokusił się o ponowne opowiedzenie kilku najbardziej kluczowych baśni z folkloru niemieckiego. W zbiorku jego reinterpretacji znalazły się historie takie jak Jaś i Małgosia, Kopciuszek, ale i mniej znane, na przykład Trzy wężowe liście. Nie będziemy dziś o nim wiele rozmawiać (nie starczyłoby nam przecież kawy), niemniej pozwolę sobie na przytoczenie kilku istotnych słów, które umieścił we wstępie do swojej książki: 

Wierzę, że nad każdą baśnią czuwa jej własny duch, którego głos ucieleśniamy w trakcie opowiadania, i że przekazujemy ją lepiej, jeśli odnosimy się do niego z pewną dozą szacunku i uprzejmości. Duchy te bywają stare lub młode, rodzaju męskiego lub żeńskiego, sentymentalne lub cyniczne, sceptyczne lub łatwowierne […].

Wraz z Pullmanem wchodzimy na dość grząski (choć istotny) grunt – taki, na którym mieszka opowiadacz historii. Zauważ: często z jego opowieści czerpiemy jedynie bezpośredni przekaz. Rzadko pytamy go: kim jesteś? 

Są takie zbiory baśni, które nie byłyby bez opowiadacza takie same. Jego osoba w pewien sposób pozycjonuje to, jak opowiedziane przez niego historie pojmujemy, w jaki sposób je interpretujemy – do pewnego stopnia utożsamiamy z nimi postać, która opowiada. By lepiej ten temat zrozumieć, przyjrzyjmy się definicji terminu „kompozycja ramowa” z Wielkiego słownika języka polskiego:  „zabieg literacki polegający na prowadzeniu fabuły przynajmniej dwustopniowo – w ramach określonej sytuacji fabularnej relacjonowana jest następna fabuła”. Na gruncie naszych dzisiejszych rozważań przyjmijmy przede wszystkim jedną i kluczową wersję wydarzeń, w której taka relacja ma w ogóle miejsce. Otóż wyobraźmy sobie, że w wyniku pewnych sytuacji ludzie opowiadają sobie historie – sama czynność opowiadania tworzy zatem swoistą powieść ramową, każda kolejna baśń to po prostu kolejna opowieść wymieniona podczas spotkania mówiącego i słuchającego. 

Najbardziej znanym zbiorem baśni wciśniętych w ramy osobnej powieści jest bez wątpienia Księga tysiąca i jednej nocy – choć słowo „księga” to w tym wypadku eufemizm, bo tomów jest tu co najmniej kilka. Bez wątpienia kojarzysz, czytelniku, historię o cudownej lampie Aladyna, czy też Ali Babie i 40 rozbójnikach. Postaci te są na tyle zakorzenione w zbiorowej świadomości, że często w ogóle nie łączymy ich z kulturą islamską, jakoby obdzieramy je z niej. Podobnie jest z obecną na kartach Księgi… opowiadaczką: piękną i mądrą Szeherezadą. Wszyscy o niej słyszeli, każdy coś wie – kim jednak była naprawdę? Na pewno wywodzi się z kultury ludowej – i tyle o niej wiemy. Jest jednocześnie pełnokrwistą bohaterką własnej baśni, jak i głosem niosącym inne historie w eter. Jest przecież kobietą doskonale wiedzącą, jak gawędzić, by prawdziwie zainteresować słuchacza. W końcu od tego zależy jej życie.

Spójrz, czytelniku – podczas czytania nie znajdujemy się w żadnym konkretnym miejscu. Wiemy jedynie, że ten punkt na mapie leży gdzież pomiędzy Indiami a Chinami (margines błędu pozostaje więc dość spory). Tutaj właśnie zdradzony przez żonę król Szahirijar sprowadza na swój kraj coś w rodzaju bardzo skomplikowanego kryzysu demograficznego. Ewa Machut-Mendecka w swojej fenomenalnej książce Archetypy islamu przeprowadza królowi psychoanalizę w duchu wujaszka Freuda (to stanowczo temat na kolejne nasze rozmowy!). Dziś jednak zwróć uwagę przede wszystkim na informację, że Szahirijarowi nie wystarcza egzekucja żony i niewolnika, z którego pomocą przyprawiła mu rogi. Rozpoczął więc morderczy proceder: wieczorem poślubiał dziewicę, spędzał z nią noc, a nad ranem na nieszczęsną kobietę oczekiwał już kat. 

Trwało to długo – bardzo długo. W pewnym momencie pozostałe przy życiu dziewczęta ukryto przed tyranem. To sprawiło wiele niedogodności królewskiemu wezyrowi; mężczyźnie zaczęła grozić śmierć, bo nie mógł dostarczyć kolejnych Bogu ducha winnych niewiast. Wtedy do gry wkroczyła jego córka – piękna Szeherezada. Nie tylko podjęła rękawicę, ale i wygrała ten nierówny bój. Sama zgłosiła się na ochotniczkę, wzięła z królem ślub i podczas swej potencjalnie ostatniej nocy zaczęła opowiadać Szahrijarowi historię. Wraz z nadejściem poranka przerwała w najciekawszym momencie, a król, chcąc poznać zakończenie, odroczył jej wyrok o kolejną dobę. Przebiegła kobieta zwodziła go w ten sposób przez kolejnych 1000 nocy, dorobiwszy się w tym czasie dzieci i zdobywszy serce rządnego krwi władcy. Ostatecznie doprowadziła do swojego „długo i szczęśliwie”. 

Szeherezada była kobietą piękną i pociągała Szahrijara w sensie erotycznym, ale to nie mogłoby powstrzymać jego morderczych zamiarów. Musiała zatem uciec się do fortelu. Odważna i zdeterminowana, intelektem i uporem uratowała życie swoje i swoich ludzi. Według Księgi…:

 przeczytała liczne księgi i kroniki, podania o życiu starożytnych królów i opowieści o żyjących niegdyś ludach. Mówiono, że zgromadziła ona tysiąc ksiąg związanych z dziejami wcześniejszych pokoleń i królów minionych wieków, a także o poetach.

Cała ta wiedza zdałaby się na nic, gdyby nie elokwencja i dar narracyjny Szeherezady, odziedziczony z resztą po ojcu, który na samym początku opowiada historię o wole, ośle i gospodarzu. Jest opowiadaczką niesamowitą, bo świadomą własnego talentu, świadomą wagi własnych słów. Choć Księga... wykazuje często cechy powieści szkatułkowej, główną narratorką pozostaje właśnie Szeherezada.

Nieco inaczej ma się sprawa w przypadku, który przebadamy na zupełnie innej szerokości geograficznej. Pozwól czytelniku, że zabiorę Cię w dalszą podróż, tym razem na północ Włoch.

Najpierw zatrzymajmy się we Florencji. To wspaniałe miasto pamięta jeszcze czasy etruskie, największy rozkwit przeżyło jednak w dobie renesansu (wchodziło wówczas w skład Wielkiego Księstwa Toskanii) pod kuratelą tych Medyceuszy. Tworzyły w jego murach takie sławy jak Leonardo da Vinci czy Michał Anioł. Tam też Boccacio umieścił główną część akcji opowieści ramowej swego kultowego Dekameronu.

Wyobraź to sobie, czytelniku. Miasto trawi epidemia dżumy, populacja kurczy się drastycznie, przerażeni ludzie uciekają jak najdalej od głównego ogniska choroby. Po niedzielnej mszy w kościele 10 młodych ludzi postanawia tymczasem przetrwać najgorsze w swoim gronie. Od tej chwili przemieszczają się od jednej opuszczonej willi do drugiej, w międzyczasie balując i ucztując. Zawiązują się pomiędzy nimi ciasne więzi, niektóre nawet wikłają się w romanse. Wieczorami zasiadają w kole i każdy opowiada jedną historię. Trwa to 10 dni, uzyskujemy więc 100 baśni, uszeregowanych pod względem tematu.

Ci opowiadacze są bardzo szczególni. Tak jak Szeherezada nie stronią od barwnych opisów i przemycania w swoich historiach prawd moralnych. Szeroko pojmują erotykę, nie używając wobec niej języka ezopowego. Baśnie, które opowiadają, ukazują niczym w lustrze dynamikę panujących pomiędzy nimi relacji, sposób narracji przekazuje nam zaś prawdę o nakreślonych im charakterach. I to wszystko zostało napisane w XIV wieku!

Giabattista Basile stworzył (nieco później, bo w epoce baroku) kolejny zbiorek baśni, silnie Dekameronem inspirowany. Nazwał go Pentameronem (dni dalej było 10, historii 5 dziennie). Wiele zawartych w tej kolekcji opowieści to najstarsze warianty znanych dziś klasycznych baśni, takich jak Piękna i Bestia, Roszpunka, Królewna Śnieżka, itp. Tutejsza historia ramowa jest, być może, najdziwniejszą, o jakiej dziś porozmawiamy.

Królewna Zoza pogrążona jest w głębokiej melancholii, zaś jej ojciec skłonny jest do wszystkiego, by tylko ją rozweselić. W końcu pod drzwiami pałacu każe ustawić fontannę oleju, sądząc, że ślizgający się ludzie doprowadzą Zozę do śmiechu. Gdy pewna stara kobieta próbuje zebrać trochę oleju, pałacowy chłopiec niszczy jej kubek. Staruszka tak potwornie się na niego wścieka, że aż zaczyna bawić to królewnę. To naturalnie nie pomaga, zaś poszkodowana rzuca na dziewczynę przekleństwo: wyjdzie za mąż za księcia, którego najpierw będzie musiała obudzić; stać zaś może się tak tylko wówczas, gdy trzykrotnie napełni rondelek łzami. Dzięki pomocy wróżek Zoza odnajduje księcia i naczynko. Jest już niemal u kresu sił, gdy garnuszek zostaje skradziony i do końca napełniony przez inną dziewczynę, która to od tej pory rości sobie do młodego mężczyzny wszelkie prawa. Gdy zachodzi w ciążę, grozi księciu, że zabije ich wspólne dziecko, jeśli ten nie będzie opowiadał jej historii. Zostaje więc zatrudnionych 5 opowiadaczek, w tym także Zoza pod przykrywką. Przez kolejnych 10 dni kobiety snują przed ciężarną swe baśnie. W ostatniej z historii tożsamość oszustki zostaje ujawniona. Zozie i księciu udaje się przeżyć swoje „długo i szczęśliwie”,  wpierw grzebiąc ciężarną żywcem (aż po szyję) i zostawiając ją na śmierć. Uroczo, czyż nie?

Ta historia ramowa nie tylko jest baśnią samą w sobie, jak ma się to w przypadku opowieści o Szeherezadzie, pełni także istotną funkcję i porusza wiele tematów, które potem Basile przywołuje ponownie.

Baśń to, zresztą, twór szalenie specyficzny, czytelniku. Jeżeli rozprawiamy o jej magicznym rodzaju, to tak, jakbyśmy dyskutowali o historii starej jak świat. Po raz kolejny opowiadamy historię, która od zarania dziejów, wśród różnych ludów i w najdziwniejszych konfiguracjach zdarzeń, przekazywana była z ust do ust.

Usta opowiadacza trzeba umieć docenić. Gdyby nie one... Cóż, strach w ogóle o tym pomyśleć…