
Pan Tadeusz wajchę przełóż
Pan Tadeusz wajchę przełóż
„Pan Tadeusz” w reżyserii Wojciecha Klemma to — niestety — rozczarowująca próba dekonstrukcji narodowej epopei. Zamiast świeżej, pogłębionej interpretacji, otrzymujemy chaotyczne widowisko, zbyt nachalne i momentami wręcz absurdalne. Klemm wyraźnie chciał odczarować Mickiewicza, a także pokazać, że klasyka może być współczesna, polityczna oraz społecznie zaangażowana. Czy udało się mu zrealizować tę szlachetną ambicję?
Już na poziomie scenograficznym widać, że Klemm stawia na krytyczne odczytanie. W miejsce wzniosłego dworku szlacheckiego stawia na scenie… drewniany wychodek. Ten prowokacyjny gest jest jedynym elementem, który naprawdę przyciąga uwagę i pozostaje mocną stroną spektaklu. Niestety za tą prowokacją nie idzie spójna myśl reżyserska.
Szczególne zdziwienie budzi wprowadzenie postaci niezwiązanych bezpośrednio z epopeją – Skawińskiego z „Latarnika” Henryka Sienkiewicza oraz misia Wojtka, bohatera II wojny światowej. Taki zabieg miał połączyć różne wątki polskości i patriotyzmu, lecz w praktyce wprowadza jedynie zamieszanie. Skawiński, który chwilami wypowiada słowa z mickiewiczowskiej Inwokacji, a pozostałe fragmenty zastępuje samymi samogłoskami, wypada raczej groteskowo niż symbolicznie. Z kolei miś Wojtek, przedstawiony w sposób niemal komediowy, staje się niepotrzebnym elementem humorystycznym, który ostatecznie ośmiesza powagę scen.
Gra aktorska — wspaniała, pełna energii i zjawiskowa — niestety nie rekompensuje tych problemów. Dynamika scen nie przekłada się na poruszające budowanie postaci. Momentami mamy wrażenie sztucznego przeskakiwania między konwencjami — od patosu po groteskę — bez jasnego celu artystycznego. Dopisywane fragmenty tekstu przez Sandrę Szwarc nie ratują sytuacji. Przeciwnie! Jeszcze bardziej rozmywają wymowę spektaklu. Z klasycznej epopei zostają jedynie strzępy, wyrwane z kontekstu, które są wplecione we współczesny język moralizatorski. W efekcie widz czuje się, jakby oglądał nie reinterpretację „Pana Tadeusza”, lecz zupełnie inną sztukę, w której Mickiewicz jest tylko pretekstem.
Wojciech Klemm chciał oddać głos tym, którzy w oryginale mickiewiczowskim pozostają na marginesie – kobietom i chłopom. Efekt końcowy jest zbyt chaotyczny. Klemm, zamiast dodać nowe odcienie do klasyka, tworzy własną wersję, która może prowokować – ale też gubi poetycką oraz historyczną złożoność Mickiewicza.
Widownia, która oczekuje wzruszenia, nostalgii czy głębokiej refleksji, może poczuć się zawiedziona. Widownia, która oczekuje współczesnej reinterpretacji epopei może poczuć się zawiedziona. Widownia, która chce zobaczyć coś ciekawego, może poczuć się zawiedziona. Wciąż nie wiem, czy miałam się śmiać, płakać czy milczeć. Wiedziałam tylko jedno – że z tego chaosu trudno wydobyć jakikolwiek sens. Może brak sensu jest sensem tego spektaklu?