
Peaky Blinders: Nieśmiertelny – recenzja (spojlery)
Peaky Blinders: Nieśmiertelny – recenzja (spojlery)
Peaky Blinders byli jednym z głośniejszych seriali. Pamiętam jak chłopcy w szkole zaczęli masowo kupować kaszkiety i przerzucali się z powrotem z elektronicznych na zwykłe papierosy, żeby tylko wyglądać jak Shelby i mieć chrypkę jak Shelby. I get it – jest to całkiem intrygująca postać, bo tajemnicza, niewyrażająca emocji, dominująca, inteligentna, wpływowa – idealny wytwór patriarchalny. Chłopcy chcieli być (z) Shelbym, dziewczyny chciały być (z) Shelbym (ponieważ serial nie proponował żadnych ciekawych postaci kobiecych, przynajmniej w pierwszych sezonach), w pewnym momencie wszyscy chcieli być (z) Shelbym. Serial się skończył po cichu. Kariera Cilliana Murphy’ego stała się głośna – nagroda Oscara jest chyba wystarczającym dowodem. Powstał film – cisza. Dlaczego? Czyżby przejadła nam się (w końcu) tematyka drugiej wojny światowej przedstawiana przez kino?
Thomas Shelby wycofał się z życia. Mieszka w ruinach wielkiej i przepięknej posiadłości, która lata świetności ma już za sobą, na pierwszy rzut oka tak samo jak i on sam. Żyje przeszłością, wspomnieniami i błędami, bardziej wśród duchów niż ludzi. I kiedy wydaje się, że to już tylko powolne dogasanie, w końcu dopominają się o niego żywi. Obserwujemy jego wewnętrzną walkę – paradoksalnie cięższą niż ta, którą później stoczy z nazistami.
Relacja ojciec-syn jest jednym z najmocniejszych punktów filmu. Erasmus jest świetnie obsadzony – ma w sobie to charakterystyczne zmęczenie, senność w oczach, które od razu przywodzą na myśl Thomasa. Jednocześnie to dzieciak z klasycznym „daddy issues”: chce wejść w buty ojca, udowodnić coś światu, wprowadzając przy tym kompletny chaos. Jest w tym jakaś gorzka ironia – Tom budował imperium według własnych zasad, a jego syn te zasady łamie: nie chroni społeczności, tylko ją okrada. Dziedzictwo jest wypaczane jeszcze zanim zdąży zostać w pełni przekazane.
Motyw syna marnotrawnego wybrzmiewa tu bardzo wyraźnie: ojciec „oddaje królestwo” synowi żyjącemu ze świniami (dosłownie), który próbuje pokracznie odciąć się od rodziny. Przy tym dawny król, zamknięty we własnym „zamku” na odludziu, zrzeka się odpowiedzialności zarówno za syna, jak i ludzi, których przez tyle lat chronił. Oczywiście do czasu. Ale nie jest to prosta droga od upadku do odkupienia. To raczej ciąg halucynacji, winy i prób ucieczki przed samym sobą. Mamy do czynienia w takim razie bardziej z synem czy ojcem marnotrawnym?
Halucynacje są kluczowe, to konsekwencja bratobójczej zbrodni, swoisty znak Kaina (topimy się w biblijnych reinterpretacjach jak w błocie). Próba uratowania syna staje się więc nie tyle aktem miłości, co desperacką próbą uciszenia własnych demonów. Film opowiada o odkupieniu, ale takim, które nie daje ukojenia.
Nie wszystko jednak działa. Patos momentami ociera się o komiczność. Tom wkładający młodemu dryblasowi odpalony granat pod koszulę i ten wybiegający z nim, jakby to był portfel, kilkuminutowe tarzanie się w błocie z synem, czy Shelby mówiący podczas umierania, że jest koniem do dobicia – to sceny, które zamiast ciężaru niosą lekkie zażenowanie. Podobnie jest z efektami specjalnymi wybuchów – nienajlepsze, sztuczne, jakby robione na kolanie. W filmie, który aspiruje do bycia czymś więcej niż tylko epilogiem, to razi.
Za to warstwa audiowizualna bywa momentami bardzo trafiona. Soundtrack ciekawie przeplata klasykę z metalem i punkiem – szczególnie, kiedy cięższe brzmienia pojawiają się przy scenach z nazistami i nowym pokoleniem Peaky Blinders. Daje nam to sygnał, że te dwa światy przeplotą się we współpracy.
Dużo jest też dymu i mgły. Dym z fajki, dym po wybuchach, zamglenie scen, kurz, para. Można to czytać symbolicznie – w tradycji romskiej pali się zwłoki. Ten wszechobecny dym działa jak zapowiedź: to jest epitafium Thomasa Shelby’ego.
Pojawiają się również wątki poboczne, które pozostawiają pewien niesmak – jak postać Kaulo Chiriklo, której ciało wystarcza, by „nawrócić” mężczyznę uciekającego od odpowiedzialności. Współcześnie wybrzmiewa to już po prostu płasko.
Historia jest skończona, Shelby odszedł, czy więc podtytuł filmu nie jest ironiczny? Bohater pisze książkę zatytułowaną (jakżeby inaczej) Nieśmiertelny, pozostawia po sobie również żywe exegi monumentum, nawróconego syna marnotrawnego, który będzie kontynuował jego dziedzictwo.
Film jest więc nierówny. Momentami ciężki i trafiający w punkt, momentami przerysowany i niezamierzenie groteskowy. Mimo wszystko jako domknięcie serii całkiem działa.