Recenzja książki Obiekty głębokiego nieba Jakuba Małeckiego

Jakub Małecki przyzwyczaił już czytelników do tego, że w jego prozie to, co lokalne i swojskie zawsze podszyte jest metafizycznym niepokojem. W swojej najnowszej powieści, Obiekty głębokiego nieba, autor wykonuje jednak krok dalej w stronę minimalizmu, który paradoksalnie otwiera przed nami ogromną przestrzeń interpretacyjną. Jako miłośnicy literatury często szukamy w tekstach wielkich narracji, tymczasem Małecki proponuje nam narrację małą – skupioną na detalu, geście i ciszy, która między bohaterami waży znacznie więcej niż wypowiedziane słowa.

Aby w pełni zrozumieć wagę Obiektów głębokiego nieba, należy spojrzeć na tę powieść przez pryzmat ewolucji twórczej autora. Małecki, zaczynający od literatury fantastycznej, w swoich najważniejszych dziełach takich jak Dygot czy Rdza, wypracował unikalny styl określany mianem realizmu magicznego w polskim wydaniu. O ile jednak we wcześniejszych książkach losy bohaterów były często determinowane przez fatum czy niemal nadprzyrodzone zbiegi okoliczności, o tyle w recenzowanej powieści autor rezygnuje z ozdobników.

Widać tu wyraźną kontynuację motywu małej ojczyzny i ludzi uwięzionych w swojej codzienności, jednak Obiekty... są bardziej surowe. To literatura, która nie szuka ratunku w magii, lecz konfrontuje nas z brutalną prawdą o ludzkiej kondycji. Porównując tę książkę do Horyzontu, widać, że Małecki coraz głębiej drąży w temacie męskiej psychiki i niemożności wyjścia poza narzucone role społeczne. Jest to ewolucja od epickości ku intymnemu, niemal klaustrofobicznemu studium jednostki.

Główna oś konstrukcyjna powieści opiera się na relacji Janka i jego ojca. Małecki po mistrzowsku kreśli portret męskiej więzi, która jest zdeterminowana przez niemożność komunikacji. Ojciec, postać zakotwiczona w surowej rzeczywistości polskiej prowincji, znajduje ujście dla swoich emocji w amatorskiej astronomii. Tytułowe obiekty głębokiego nieba – galaktyki, mgławice, gromady gwiazd – stają się tu czytelną metaforą samych bohaterów. Są oni dla siebie nawzajem takimi właśnie obiektami: widocznymi, istniejącymi w tym samym uniwersum, a jednak oddalonymi o lata świetlne emocjonalnego dystansu.

W pracy nad tym tekstem uderzyła mnie autentyczność tego dziedziczenia ciszy. Ojciec nie potrafi przekazać synowi instrukcji obsługi świata, przekazuje mu więc instrukcję obsługi teleskopu. To klasyczny dla polskiej kultury model relacji, w której miłość jest obecna, ale pozostaje niema, schowana za technicznymi czynnościami i wspólnym trwaniem w tej samej przestrzeni. Janek, obserwując ojca, uczy się, że bliskość polega na niezakłócaniu cudzej samotności. Jest to diagnoza bolesna, ale niezwykle trafna w kontekście międzypokoleniowego transferu traum i lęków.

Wprowadzenie postaci Igi, partnerki Janka, przesuwa ciężar opowieści z poziomu introspekcji na poziom bolesnej konfrontacji z drugim człowiekiem. Relacja Janka i Igi jest zaprzeczeniem literackich romansów; to studium powolnego wygasania, gdzie przyzwyczajenie bierze górę nad fascynacją. Iga pojawia się w życiu Janka jako szansa na przełamanie marazmu, jednak szybko okazuje się, że oboje są zbyt mocno uwięzieni w swoich wewnętrznych światach, by stworzyć spójną całość.

Kluczowym i najbardziej kontrowersyjnym elementem tej relacji jest wątek swingowania. Małecki traktuje go jednak w sposób pozbawiony taniej sensacji czy pornografii. Współczesna literatura często wykorzystuje motywy tabu, by zaszokować czytelnika – tutaj funkcja tego wątku jest czysto egzystencjalna. Dla bohaterów poszukiwanie bliskości w ramionach innych osób nie jest wyrazem wyzwolenia czy hedonizmu, lecz aktem desperacji.

To próba poczucia czegokolwiek w świecie, który stał się emocjonalnie przezroczysty. Swingowanie staje się tu metaforą ostatecznego testu granic – jak daleko można się posunąć, by uratować poczucie wspólnoty i czy w ogóle da się budować bliskość na fundamencie wspólnej pustki? W moim odczuciu ten wątek pokazuje, że ciało bez porozumienia duchowego pozostaje jedynie przedmiotem, a nie podmiotem relacji. Iga, inicjując te doświadczenia, staje się postacią tragiczną – kobietą, która chce zburzyć mur między sobą a partnerem, używając do tego narzędzi, które ostatecznie ten mur tylko pogrubiają.

Bohaterowie Małeckiego są pobrudzeni codziennością. Janek to postać zawieszona między tym, kim chciałby być, a tym, do czego obliguje go przeszłość. Jego bierność może irytować, ale jest ona głęboko uzasadniona psychologicznie – to człowiek, który boi się wykonać ruch, by nie naruszyć kruchej struktury swojego świata. Z kolei Iga reprezentuje siłę destrukcyjną i twórczą jednocześnie; to ona wymusza na Janku reakcję, nawet jeśli ceną jest rozpad ich dotychczasowego życia.

Trzecim wierzchołkiem tego trójkąta pozostaje ojciec, który poprzez swój eskapizm w gwiazdy nadaje całości wymiar egzystencjalny. Małecki sugeruje, że każdy z nas ma swoją Andromedę – coś odległego, na czym skupiamy wzrok, by nie musieć patrzeć na to, co dzieje się tuż obok nas, w zasięgu ręki.

Obiekty głębokiego nieba to powieść o grawitacji – o tym, jak przeszłość, rodzina i niewypowiedziane żale przyciągają nas do ziemi, nie pozwalając w pełni odlecieć. Autor udowadnia, że najtrudniejszą podróżą nie jest wyprawa na krańce wszechświata, ale próba skrócenia dystansu tych kilku metrów, które dzielą dwa fotele w tym samym pokoju.

Lektura ta jest cennym doświadczeniem ze względu na warsztatową sprawność Małeckiego. Potrafi on pisać o sprawach ostatecznych (śmierć, zdrada, starość) bez patosu, używając języka bliskiego ziemi. To proza, która nie daje odpowiedzi, ale stawia pytania o granice naszej osobistej wolności w relacji z drugim człowiekiem.

Zamykając tę książkę, poczułam specyficzny rodzaj melancholii, który towarzyszy tylko najlepszym tekstom. Małecki przypomina nam, że choć wszyscy patrzymy w to samo niebo, każdy z nas widzi na nim zupełnie inne konstelacje swoich lęków i nadziei. To lektura obowiązkowa dla każdego, kto szuka w literaturze nie tylko rozrywki, ale przede wszystkim lustra, w którym – choć nie zawsze jest to widok przyjemny – można się w końcu rozpoznać.