Powrót
Tam gdzie język staje się emocją. Poezja Mirona Białoszewskiego

Tam gdzie język staje się emocją. Poezja Mirona Białoszewskiego

Joanna Gonsior
Autorka tekstu
Joanna Gonsior
Instagram
Joanna Gonsior
Autorka grafik
Joanna Gonsior
Instagram
16 kwietnia 2026

Tam gdzie język staje się emocją. Poezja Mirona Białoszewskiego

Czym właściwie jest język? Jakie jest jego zastosowanie i do czego możemy go wykorzystać? Chcąc udzielić najprostszej i najmniej złożonej odpowiedzi, moglibyśmy przyjąć, że jest to po prostu system znaków i reguł, służący do porozumiewania się – ponieważ właśnie tak traktujemy go w codziennym ujęciu – jako narzędzie komunikacji, wyrażania naszych myśli, potrzeb, emocji.

W tym miejscu można by postawić kropkę i zatrzymać tok rozważań – lecz byłaby to kropka zbyt pospieszna, zbyt powierzchowna. Bo przecież na tym rola języka się nie kończy – jest on czymś więcej, niż tylko „mechanizmem mówienia”. To twórcze narzędzie, które możemy wykorzystywać do kształtowania naszej rzeczywistości – sposób, w jaki nazywamy świat, wpływa na to, jak go postrzegamy. Język może opisywać, ale również kreować. Może łączyć ludzi, ale i dzielić. Może być nośnikiem wiedzy, instrumentem manipulacji, wpływu i propagandy, ale również formą głębokiej artystycznej ekspresji. 

Jakie jest zatem miejsce języka w poezji i jakie stwarza możliwości? Najprościej ujmując – nieograniczone. Dlaczego? Ponieważ poezja jest swego rodzaju areną, na której język często przekracza swoje podstawowe funkcje. Staje się sam w sobie przedmiotem pewnej gry z czytelnikiem, eksperymentu, odkrycia. Nie tylko o czymś opowiada, ale przede wszystkim – mówi sam przez siebie. To właśnie wtedy przestaje być przezroczysty, przekształca się w coś namacalnego – w dźwięki, obrazy i dotykające nas słowa. 

Poezja lingwistyczna Mirona Białoszewskiego udowadnia, że język może funkcjonować jako emocja sama w sobie. Może bawić się, drażnić, a nawet wzruszać, bez konstruowania niebanalnych metafor, czy poruszania patetycznych tematów. Przestaje być tylko narzędziem – staje się swego rodzaju „materiałem rzeźbiarskim”, formą, rytmem, głosem oraz gestem człowieka. To przede wszystkim poezja, która nie mówi wprost, lecz działa z pewną dozą subtelności i intymności – przysłowiowo – „czuje się ją pod skórą”. Nie wyjaśnia, nie podsuwa gotowych interpretacji. Raczej zachęca do samodzielnego odkrycia jej sensu, pojmowania na własny sposób. 

Poezja języka codzienności

Białoszewski pisał tak, jak się mówi. Zwyczajnie. Wręcz chropowato. Ale co to właściwie znaczy? Oznacza to tyle, że jego teksty są pełne potocznych powiedzonek, neologizmów, przejęzyczeń, urwanych zdań, jąkania się, pauz, dygresji – tego wszystkiego, co zwykle poprawiamy, wygładzamy lub pozbywamy się przed wystawieniem jakiegokolwiek tekstu na światło dzienne. W przypadku Białoszewskiego, ta „niedoskonałość”, a wręcz „brzydota językowa”, jest jego siłą i twórczą koncepcją. Poeta nie udaje, że świat jest gładki i nieskazitelny – całkowicie oddaje jego rytmy, szumy, hałasy, powtórzenia, zapętlenia. Z kompletnego chaosu, potrafi wydobyć sztukę. 

Poezja emocji… ale jakich?

Zdecydowanie nie jest to poezja „wielkich uczuć” wyrażonych wprost. U Białoszewskiego emocje są między słowami: niepokój, czułość, śmiech, wstyd, znudzenie. Emocje są od siebie różne. Przyziemne, niekiedy niewygodne. Czasem niedopowiedziane i niekompletne. Cała siła tej twórczości tkwi nie tyle w samej treści, ile w rytmie, brzmieniu, sposobie, w jaki buduje się zdania – w atmosferze, którą tworzy, a nie w tym, co dosłownie mówi. Wiersz może brzmieć jak losowa rozmowa w tramwaju, gaworzenie dziecka, czy nieskładne myśli przed snem – i właśnie to zdaje się poruszać nas najbardziej. Brzmi jak my sami. Jak głos w naszej głowie. 

Dopiero, gdy ją wypowiesz…

Analizując poezję Białoszewskiego, często podkreśla się fakt, iż jej pełny sens i wyjątkowość ujawniają się dopiero wtedy, gdy zostanie wypowiedziana na głos – musi wybrzmieć, by zaistnieć naprawdę. To poezja stworzona do słuchania, doświadczenia dźwięku, rytmu i pauz. Nie wystarczy czytanie jej w zaciszu – traci wtedy lwią część swojego charakteru, ponieważ jej naturalnym środowiskiem jest żywe i dynamiczne brzmienie, nie kartka papieru. Można pokusić się o stwierdzenie, że mówienie dla Białoszewskiego było doświadczeniem cielesnym – niemal fizycznym aktem. W związku z tym, tworzył poezję wręcz oddychającą, pulsującą rytmem, który można nie tylko usłyszeć, ale i poczuć na języku. Wszystkie głoski, zbitki wyrazowe, powtórzenia, wyrazy dźwiękonaśladowcze – to nie dekoracje, ale podstawa jej twórczości, która miała ogromne znaczenie dla jej prawidłowego odczytania. Nigdy nie chodziło wyłącznie o język sam w sobie, ale o obecność człowieka, wyrażane przez niego emocje. 

Bez patosu. Bez ozdób. W sam środek.

Miron Białoszewski pisał o tym, co pozornie „niepoetyckie” – o codzienności, drobiazgach, niekiedy o własnej niemocy twórczej – tym, co zwykle uważane za nieciekawe, pomijane. A jednak robił to w sposób, który do dziś brzmi świeżo, często bardziej nowocześni, niż niejeden współczesny manifest. Jego poezja nie emanuje patosem – raczej dudni, szumi, szemrze pod powierzchnią naszego języka. A potem, niespodziewanie, trafia dokładnie tam, gdzie miała trafić – prosto w serce. Nie trzeba tego puentować. Wystarczy pozwolić wybrzmieć jego wierszom – przeczytajcie je na głos. Wtedy naprawdę dzieje się poezja.